Jeden pelny do syta prosze
Post zawsze brzmiał dla mnie jak duchowe wyzwanie z wysoką poprzeczką. Ktoś nie je mięsa, ktoś odmawia sobie słodyczy, ktoś inny ogranicza internet albo rezygnuje z ulubionych rozrywek. Idea brzmi pięknie, ale gdy przychodzi do realizacji… no cóż, wtedy zaczynają się schody.
Nie jestem ascetą z natury. Przyznaję. Lubię dobrą kawę, słodycze i to poczucie kontroli nad własnym czasem. Dlatego post zawsze mnie konfrontuje z niewygodnym pytaniem: czy potrafię coś oddać, choćby na chwilę? Czasem okazuje się, że to, co uważam za moje potrzeby, jest jedynie przyzwyczajeniem albo – co gorsza – pewną subtelną niewolą.
Pamiętam jeden z moich ambitnych postów ścisłych w czasach seminarium. Postanowiłem podejść do tego na poważnie – nie jem nic przez cały dzień, jedynie suchy chleb. Żadnych przekąsek, kawy ani drobnych ustępstw. Byłem z siebie dumny, bo przecież post miał być surowy i wymagający. Cały dzień minął w poczuciu zwycięstwa nad sobą. Ale wieczorem… cóż, wieczorem zasiadłem do stołu na refektarzu i zjadłem dwa pełne talerze jedzenia, z których aż się wysypywało. „Przecież jeden posiłek do syta jest dozwolony!” – tłumaczyłem sobie z zadowoleniem.
Nie umknęło to jednak uwadze mojego przyjaciela ks. Szymona, który z uśmiechem, ale stanowczo powiedział: „Adam, nie o to chodzi w poście”. Zaczęliśmy rozmawiać, wręcz się kłócić. Szymon tłumaczył mi, że post to nie sprytna strategia na oszukanie zasad, ale sposób, by zrezygnować z czegoś – nie tylko jedzenia, ale przede wszystkim swoich wygód, ego i przekonania, że wszystko musi być „po mojemu”.
Ta rozmowa z Szymkiem wraca do mnie co roku, kiedy zbliża się Wielki Post. Zacząłem się zastanawiać, co właściwie próbowałem osiągnąć. Czy post to tylko kwestia wytrzymania głodu i późniejszego „nagrodzenia się” za wytrwałość? Czy chodzi o to, żeby oszukać samego siebie i zasady?
Szymon miał rację. To nie był post. To było duchowe obchodzenie zasad, które w teorii miały mnie czegoś nauczyć. Ale Bóg nie jest księgowym, który liczy, ile dokładnie kromek chleba zjadłem i czy wstrzymałem się od kolacji. Post nie polega na matematyce. Chodzi o coś znacznie głębszego – o wewnętrzną wolność.
Tamta sytuacja była dla mnie pierwszym poważnym zderzeniem z prawdą, że post nie polega na kombinowaniu, jak obejść reguły, ale na świadomym traceniu z czegoś po to, żeby zrobić przestrzeń dla Boga. Ta myśl wtedy mocno zapadła mi w pamięć. Bo rezygnowanie z czegoś jest trudne. To boli. Ale to też uczy.
Wielki Post to właśnie taki czas. Rezygnujemy z wygód, przyjemności, czasem poczucia kontroli nad własnym życiem. Ale nie robimy tego na próżno. Odrzucamy to, by przypomnieć sobie, że mamy Boga, który jest źródłem prawdziwego życia.
Oczywiście, nie zawsze to tracenie wychodzi idealnie. Czasem moje postanowienia rozpadają się po kilku dniach. „Tylko jeden kawałek ciasta” – tłumaczę sobie, a potem orientuję się, że to już drugi albo trzeci. Albo modlitwa, która miała być długa i skupiona, nagle skraca się do pospiesznego westchnienia, bo w głowie mam tysiąc rzeczy do zrobienia.
Ale post to nie zawody w perfekcji. To nie jest duchowy „trening siłowy”, gdzie liczy się wyłącznie wytrwałość. Post to przypomnienie, że nie wszystko muszę mieć, nie wszystko muszę kontrolować, nie wszystkiego muszę się trzymać kurczowo.
Przypomina mi się spotkanie z pewną starszą kobietą z naszej parafii, jedną z moich chorych. Chorowała, nie mogła już jeść tego, co kiedyś kochała. „Proszę księdza, kiedyś myślałam, że post to tylko niejedzenie mięsa. A teraz widzę, że prawdziwy post to tracenie z tego, czego się nie chce stracić – zdrowia, planów, czasem nawet nadziei. Ale wtedy zaczyna się odkrywać, że Bóg naprawdę wystarcza”. Jej słowa były dla mnie jak rekolekcje. Do dzisiaj mam je w swoim dzienniczku duchowym.
Odwlekanie czasu na modlitwę, kiedy świat pędzi i domaga się efektywności, jest jednym z najtrudniejszych postów. Powstrzymywanie się od słów, kiedy chciałoby się komuś odpłacić kąśliwym komentarzem, też bywa wyzwaniem. Rezygnowanie z wygody, żeby pomóc komuś, kto jej potrzebuje – to wszystko są małe wyrzeczenia, które mogą zmieniać serce.
Ale te małe wyrzeczenia w Wielkim Poście mają sens tylko wtedy, gdy prowadzą do odkrycia, jak wiele już mamy. Że mamy Boga, który jest wierny nawet wtedy, gdy my zawodzimy. Że mamy ludzi wokół siebie, którzy są darem, choć czasem tego nie dostrzegamy.
Wielki Post to czas, w którym uczymy się tracić kontrolę. A przecież my uwielbiamy kontrolować. Nasze plany, nasze relacje, nasz czas. Nawet w życiu duchowym próbujemy mieć wszystko pod kontrolą: dokładnie wyznaczone modlitwy, konkretne postanowienia, precyzyjne wyliczenia, ile razy udało nam się odmówić sobie czegoś.
Ale Bóg wcale nie chce, żebym Go „zadowalał” listą odhaczonych wyrzeczeń. On chce być w tej pustce, która powstaje, kiedy coś tracę. Kiedy przestaję zasypywać swoje życie hałasem, jedzeniem, rozrywkami i nagle czuję… brak. A wraz z tym brakiem pojawia się przestrzeń. Przestrzeń na to, by dostrzec Boga.
Więc jeśli twój post już nie jeden raz się „rozsypał”, jak moje okruchy na tym dla mnie legendarnym seminaryjnym talerzu – nie przejmuj się. Może właśnie teraz Bóg chce cię nauczyć, że nie musisz być idealny. Może jedno odpuszczenie sobie kontroli albo narzekania będzie prawdziwym postem, który przyniesie owoc. Bo tracenie, choć trudne, zawsze prowadzi do odkrycia, że mamy więcej, niż nam się wydaje. Mamy Boga. A to naprawdę wystarcza.
Ks. Adam Płonka
Nie jestem ascetą z natury. Przyznaję. Lubię dobrą kawę, słodycze i to poczucie kontroli nad własnym czasem. Dlatego post zawsze mnie konfrontuje z niewygodnym pytaniem: czy potrafię coś oddać, choćby na chwilę? Czasem okazuje się, że to, co uważam za moje potrzeby, jest jedynie przyzwyczajeniem albo – co gorsza – pewną subtelną niewolą.
Pamiętam jeden z moich ambitnych postów ścisłych w czasach seminarium. Postanowiłem podejść do tego na poważnie – nie jem nic przez cały dzień, jedynie suchy chleb. Żadnych przekąsek, kawy ani drobnych ustępstw. Byłem z siebie dumny, bo przecież post miał być surowy i wymagający. Cały dzień minął w poczuciu zwycięstwa nad sobą. Ale wieczorem… cóż, wieczorem zasiadłem do stołu na refektarzu i zjadłem dwa pełne talerze jedzenia, z których aż się wysypywało. „Przecież jeden posiłek do syta jest dozwolony!” – tłumaczyłem sobie z zadowoleniem.
Nie umknęło to jednak uwadze mojego przyjaciela ks. Szymona, który z uśmiechem, ale stanowczo powiedział: „Adam, nie o to chodzi w poście”. Zaczęliśmy rozmawiać, wręcz się kłócić. Szymon tłumaczył mi, że post to nie sprytna strategia na oszukanie zasad, ale sposób, by zrezygnować z czegoś – nie tylko jedzenia, ale przede wszystkim swoich wygód, ego i przekonania, że wszystko musi być „po mojemu”.
Ta rozmowa z Szymkiem wraca do mnie co roku, kiedy zbliża się Wielki Post. Zacząłem się zastanawiać, co właściwie próbowałem osiągnąć. Czy post to tylko kwestia wytrzymania głodu i późniejszego „nagrodzenia się” za wytrwałość? Czy chodzi o to, żeby oszukać samego siebie i zasady?
Szymon miał rację. To nie był post. To było duchowe obchodzenie zasad, które w teorii miały mnie czegoś nauczyć. Ale Bóg nie jest księgowym, który liczy, ile dokładnie kromek chleba zjadłem i czy wstrzymałem się od kolacji. Post nie polega na matematyce. Chodzi o coś znacznie głębszego – o wewnętrzną wolność.
Tamta sytuacja była dla mnie pierwszym poważnym zderzeniem z prawdą, że post nie polega na kombinowaniu, jak obejść reguły, ale na świadomym traceniu z czegoś po to, żeby zrobić przestrzeń dla Boga. Ta myśl wtedy mocno zapadła mi w pamięć. Bo rezygnowanie z czegoś jest trudne. To boli. Ale to też uczy.
Wielki Post to właśnie taki czas. Rezygnujemy z wygód, przyjemności, czasem poczucia kontroli nad własnym życiem. Ale nie robimy tego na próżno. Odrzucamy to, by przypomnieć sobie, że mamy Boga, który jest źródłem prawdziwego życia.
Oczywiście, nie zawsze to tracenie wychodzi idealnie. Czasem moje postanowienia rozpadają się po kilku dniach. „Tylko jeden kawałek ciasta” – tłumaczę sobie, a potem orientuję się, że to już drugi albo trzeci. Albo modlitwa, która miała być długa i skupiona, nagle skraca się do pospiesznego westchnienia, bo w głowie mam tysiąc rzeczy do zrobienia.
Ale post to nie zawody w perfekcji. To nie jest duchowy „trening siłowy”, gdzie liczy się wyłącznie wytrwałość. Post to przypomnienie, że nie wszystko muszę mieć, nie wszystko muszę kontrolować, nie wszystkiego muszę się trzymać kurczowo.
Przypomina mi się spotkanie z pewną starszą kobietą z naszej parafii, jedną z moich chorych. Chorowała, nie mogła już jeść tego, co kiedyś kochała. „Proszę księdza, kiedyś myślałam, że post to tylko niejedzenie mięsa. A teraz widzę, że prawdziwy post to tracenie z tego, czego się nie chce stracić – zdrowia, planów, czasem nawet nadziei. Ale wtedy zaczyna się odkrywać, że Bóg naprawdę wystarcza”. Jej słowa były dla mnie jak rekolekcje. Do dzisiaj mam je w swoim dzienniczku duchowym.
Odwlekanie czasu na modlitwę, kiedy świat pędzi i domaga się efektywności, jest jednym z najtrudniejszych postów. Powstrzymywanie się od słów, kiedy chciałoby się komuś odpłacić kąśliwym komentarzem, też bywa wyzwaniem. Rezygnowanie z wygody, żeby pomóc komuś, kto jej potrzebuje – to wszystko są małe wyrzeczenia, które mogą zmieniać serce.
Ale te małe wyrzeczenia w Wielkim Poście mają sens tylko wtedy, gdy prowadzą do odkrycia, jak wiele już mamy. Że mamy Boga, który jest wierny nawet wtedy, gdy my zawodzimy. Że mamy ludzi wokół siebie, którzy są darem, choć czasem tego nie dostrzegamy.
Wielki Post to czas, w którym uczymy się tracić kontrolę. A przecież my uwielbiamy kontrolować. Nasze plany, nasze relacje, nasz czas. Nawet w życiu duchowym próbujemy mieć wszystko pod kontrolą: dokładnie wyznaczone modlitwy, konkretne postanowienia, precyzyjne wyliczenia, ile razy udało nam się odmówić sobie czegoś.
Ale Bóg wcale nie chce, żebym Go „zadowalał” listą odhaczonych wyrzeczeń. On chce być w tej pustce, która powstaje, kiedy coś tracę. Kiedy przestaję zasypywać swoje życie hałasem, jedzeniem, rozrywkami i nagle czuję… brak. A wraz z tym brakiem pojawia się przestrzeń. Przestrzeń na to, by dostrzec Boga.
Więc jeśli twój post już nie jeden raz się „rozsypał”, jak moje okruchy na tym dla mnie legendarnym seminaryjnym talerzu – nie przejmuj się. Może właśnie teraz Bóg chce cię nauczyć, że nie musisz być idealny. Może jedno odpuszczenie sobie kontroli albo narzekania będzie prawdziwym postem, który przyniesie owoc. Bo tracenie, choć trudne, zawsze prowadzi do odkrycia, że mamy więcej, niż nam się wydaje. Mamy Boga. A to naprawdę wystarcza.
Ks. Adam Płonka