Kaplan i jego drzwi konfesjonalu
Zmęczenie inne niż wszystkie inne
Po świętach właściwie do teraz próbuję odespać Triduum. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony, myślę, że każdy kapłan, który przeżył Wielki Tydzień w parafii, wie dokładnie, o czym mówię.
Niejednego zmęczenia w życiu doświadczyłem. Robiłem kiedyś do późna na tartaku, tak że ręce mi odpadały. Siedziałem do białego rana przed egzaminami w seminarium, żeby się przygotować, mimo że silentium sacrum jest silentium sacrum, ale człowiek jest człowiekiem. Znałem więc różne odmiany zmęczenia. Myślałem, że znam je wszystkie. Wielki Tydzień pokazał mi, że byłem w błędzie.
Bo zmęczenie fizyczne, zmęczenie po nieprzespanej nocy, to przy tamtym pikuś. Tamte można było jakoś pokonać, przetrzymać, przespać. Ale zmęczenie, które czujesz, gdy wychodzisz z konfesjonału po kilku godzinach wypowiadania słów "Ja odpuszczam tobie grzechy", to jest zupełnie inny poziom. To wychodzi z głębszego miejsca niż mięśnie czy niedobór snu. I żadna kawa tego nie naprawi. Chociaż nie powiem, i jej nie brakowało w tych ostatnich dniach.
Wielki Tydzień to czas, który jest trochę jak rekolekcje. Przywraca mi spojrzenie na to, po co w ogóle zostałem księdzem. Godzina po godzinie, człowiek po człowieku i zostaje mi wtedy to, co najważniejsze. Kapłan przy kratce, człowiek po drugiej stronie i Bóg, który jest obecny wtedy znacznie bardziej, niż nam się wydaje.
Człowiek sakramentów
Kapłan jest człowiekiem sakramentów. To zdanie brzmi może banalnie, ale im dłużej się nad nim siedzi, tym więcej znajduję w nim treści. Chodzi o coś więcej niż sprawowanie liturgii czy odmawianie formuł, chodzi o to, że kapłan przez sakramenty rozumie swoje miejsce w Kościele i w życiu każdego człowieka, który do niego przychodzi. To przez nie definiuje się jego tożsamość. To przez nie odnajduje odpowiedź na pytanie: po co tu jestem? Dla kogo zostałem posłany?
W Wielki Czwartek podczas mandatum patrzyłem na to, jak proboszcz obmywał nogi naszym zasłużonym parafianom. A ja wtedy, słuchając Ubi caritas, patrzyłem w dal i myślałem sobie, że Ty Panie myjesz nam nogi, a my w Twoim imieniu myjemy serca ludzi. Taka jest nasza rola. Taki jest nasz żywot.
Są różne posługi, różne charyzmaty, różne role w życiu parafii. I za każdą z nich jestem wdzięczny, naprawdę, z całego serca. Ludzie robili tak wiele. Zakrystia się szykowała, chłopaki ogarniały zbiórki i asysty, ktoś porządkował obrusy, ktoś szykował naczynia. Naprawdę działo się. Za każdą z tych posług kryje się miłość do wspólnoty i bez tych ludzi wiele by się po prostu nie udało. Parafia żyje właśnie dzięki nim.
A jednak, pośród tego wszystkiego, jest jedno miejsce, gdzie bycie kapłanem znaczy absolutnie wszystko. Miejsce, gdzie żadna organizacja, żaden wolontariusz, żaden dobry człowiek z zewnątrz mnie nie zastąpi. To konfesjonał. I właśnie do tej prawdy wracam w każdy Wielki Tydzień.
Mówię to z pokorą, bo to naprawdę nie jest kwestia wyjątkowości czy przywileju. To ciężar, który bierzesz na siebie ze świadomością, że jest wart każdej chwili. Bo tu chodzi o Chrystusa, który pochyla się nad każdym człowiekiem z osobna. Ja jestem tylko narzędziem. Ale narzędziem, które w tym momencie jest jedyne, niezastąpione i niezbędne.
Kolejka pod płotem
I właśnie dlatego Wielki Tydzień wygląda tak, jak wygląda. My widzimy to co zewnętrzne, procesje, liturgię, piękne dekoracje, śpiewy. A od środka intensywność, której nie przewiduje żaden kalendarz duszpasterski i której nie da się zaplanować z góry. Chociaż nie powiem, staraliśmy się żeby było jak najlepiej, żeby w żadnym momencie dnia nie zabrakło co najmniej dwóch księży do spowiadania.
Pamiętam, jak usiadłem do konfesjonału razem z resztą księży. Każdy za swoją kratką, a kolejka w moment z kilkuosobowej stała się długa na cały kościół. Bo stoją w niej ludzie, którzy za chwilę wejdą z całym swoim życiem i grzesznością. W pewnej chwili zastanawiałem się, jak to możliwe, że gdy nas siedziało siedmiu, kolejka cały czas rosła i rosła, aż w końcu wychodziła daleko poza mury kościoła. Podchodziła pod płot. Ludzie stali. Czekali. Normalnie jak powrót do PRL-u, za rzeczami na kartki. Przychodzili z różnych stron, młodzi i starzy, pewni siebie i przestraszeni, tacy, którzy mają w oczach spokój i tacy, którym drżą ręce, nim jeszcze otworzą usta. Ecce homo. Oto człowiek.
Mijała godzina za godziną. Kolana sztywnieją, stopy marzną. Gardło siada, a zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Do takiego stopnia, że aż brewiarz otworzyłem na kolanach z formułą rozgrzeszenia, bo powoli zaczynałem tracić poczucie rzeczywistości. Po dwóch godzinach myśl, że jeszcze pięć minut i wyjdę na chwilę, i znowu ktoś wchodzi, klęka, zaczyna mówić. I znowu słuchasz. I nagle te pięć minutek zmienia się w kolejną godzinę, a potem jeszcze jedną. Przeplatany czas rozmów chwilami na krótki spacer, żeby przewietrzyć głowę, napić się wody i kawy, zjeść coś i dalej. Tak właśnie działa posługa pojednania. Sama dyktuje swój rytm, a ja uczę się temu rytmowi ufać i podołać.
W Wielki Piątek wyszedłem do liturgii pięć minut przed jej rozpoczęciem. Wszystko było ustalone i przygotowane, patrzę w kamerę na Kaplicę Miłosierdzia, chłopaki dalej spowiadają, kolejka dalej po drzwi kościoła, do liturgii zostało czterdzieści pięć minut. Mówię, idę im pomóc. Chłopaki, ogarniajcie wszystko, ja idę do konfesjonału. Dosłownie pięć minut przed liturgią udało się wyjść, gdy ostatnia osoba odeszła od kratki. Bo do ostatniej chwili siedziałem przy niej razem z moimi współbraćmi, ramię w ramię.
Wyszedłem z konfesjonału i powiem szczerze, po ludzku cieszyłem się, że to koniec. Że udało się wszystkich wyspowiadać. Że daliśmy radę. Spojrzałem na proboszcza i widziałem, jak się ugina, dosłownie, od tych długich godzin siedzenia. Tego dnia konfesjonał stał się jego własnym krzyżem i myślę, że on sam wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek. I byłem mu za to wdzięczny. Za to, że trwał.
I wiecie, wszedłem na tę liturgię Wielkiego Piątku z czymś, czego wcześniej tak mocno nie czułem. Podczas odczytywania Męki Pańskiej kapłan wypowiada w pewnym momencie słowa Chrystusa z krzyża: "Dziś będziesz ze mną w raju." Jakie to było prawdziwe. Bo wiedziałem, że ludzie, którzy siedzą w tych ławkach, przed chwilą właśnie przez to przeszli, przez swój własny rachunek sumienia, przez swój własny wstyd, przez swoje własne "przepraszam." I że te słowa z krzyża są dla nich. Naprawdę dla nich. Coś pięknego. Boże, dziękuję Ci, że wszyscy zdążyli się pojednać z Tobą.
Do tych, którzy przyszli
Chciałbym teraz powiedzieć kilka słów tym wszystkim, którzy stanęli w tej kolejce. Bo znam Was, nawet jeśli nie znam Waszych twarzy czy imion. Wiem, że wielu z Was przychodziło z podobną historią. Mniej więcej co roku. Może dwa razy w roku. Trochę niepewnie, z poczuciem, że "nie mam nic wielkiego do powiedzenia." Że życie religijne, no, takie se. Że może to jeszcze nie ten moment, nie ta parafia, nie ten ksiądz. A jednak przyszliście. I to jest właśnie to, co najbardziej zostaje w pamięci. Ten prosty fakt, że ktoś wstał, zapiął kurtkę i powiedział sobie w środku: idę.
Wiem też, że część z Was mówiła mniej więcej to samo, co rok temu. I rok wcześniej. Ta sama praca, ta sama rodzina, te same słabości z lekką modyfikacją okoliczności. I być może gdzieś z tyłu głowy siedziała myśl: on pewnie już to słyszał, pewnie myśli, że jestem kolejnym półroczniakiem, który przychodzi tylko przed Wielkanocą. Chcę Wam powiedzieć wprost: to spotkanie zawsze jest pierwsze. Za każdym razem. Bo po każdej spowiedzi człowiek wychodzi czysty i wszystko zaczyna się od nowa.
Chrystus cieszy się z każdej spowiedzi. Z każdego człowieka, który wstaje z kolejki i mówi: spróbuję. Z każdego żołądka ściśniętego ze wstydu. Z każdego "przepraszam" wypowiedzianego cicho w ciemności konfesjonału. Z każdej łzy, gdy uświadamiasz sobie jak Bóg Cię kocha. Ewangelia jest właśnie dla takich momentów, dla tych, którzy przychodzą z tym, co mają, a nie z tym, co powinni mieć. To właśnie moment, kiedy Chrystus mówi bez owijania w ładne słówka: chodź z tym, co masz. Wystarczy.
Naprawdę chciałem Wam podziękować. Wiem, że ciężko się zmobilizować. Wiem, że spowiedź stresuje, że pojawiają się myśli: co sobie pomyśli, albo po co mam mówić coś, czego i tak nie jestem w stanie zmienić. Po co mi to. A jednak staliście w nieraz godzinnej kolejce, tylko po to, albo aż po to, żeby dostać rozgrzeszenie. Każdego roku możesz się spowiadać z tego samego, ale jesteś inny, zawsze masz poczucie nowego początku i nigdy nie wiadomo, czy to nie jest ten moment, w którym coś w końcu zaskoczy.
Dlatego dziękuję. Bo każde to "przepraszam", każdy moment nawrócenia, to spotkanie z konkretną osobą. Może być jeden dzień i trzysta osób, każdy może powiedzieć te same rzeczy i te same grzechy, a ja i tak wiem, że za nimi kryje się konkretny człowiek, konkretne pouczenie i konkretne przebaczenie. Bo mamy różne charaktery, a łączy nas wszystkich Chrystus.
Coś, czego nikt za nas nie zrobi
Ta wdzięczność ma swoje drugie oblicze, wdzięczność wobec samej posługi. Konfesjonał jest miejscem, które uczy kapłana pokory w sposób, którego żadne inne doświadczenie nie zastąpi. Siedzisz tam i słyszysz ludzkie życie w całej jego złożoności i uczysz się, że twoja rola jest niezastąpiona tylko dlatego, bo tak chciał Bóg, a twoja własna mądrość jest przy tym naprawdę drugorzędna.
Posługa pojednania mieszka tam, gdy człowiek mówi, a Bóg przez kapłańskie usta odpowiada: jest ci przebaczone. Idź. Czy trzeba czegoś więcej? Na co Ci te wszystkie teologiczne traktaty? Ten człowiek potrzebuje tylko jednego. Usłyszeć, że jest kochany, usłyszeć, że jest szansa zmiany, usłyszeć, że Bóg nigdy go nie opuści i nie zostawi. A on ma po prostu ma wiedzieć, że tu jest miejsce, gdzie nikt go nie zrówna z ziemią, a pomoże wstać i iść dalej. Kapłan jest przy tym tylko głosem. Ale to właśnie tego głosu nic nie zastąpi.
Dlatego te długie godziny w konfesjonale mają smak czegoś absolutnie niepowtarzalnego. Można by zmierzyć je w minutach i godzinach, w bólu pleców od ciągłego siedzenia i w ochrypniętym głosie, nawet w głowie, która jest pełna ludzkich słabości. Ale naprawdę mierzy się je w twarzach. Twarzach ludzi, które wchodziły spięte, a wychodziły lżejsze. W oczach, które przychodziły z ciężarem, a odchodziły z czymś, co trudno nazwać inaczej niż ulgą. To jest nagroda, której żadne honorarium nie odda i żaden dokument nie opisze. I nikt ci jej nie zabierze. Ojcowska miłość, gdy dziecko wraca do domu Ojca.
I właśnie dlatego, kiedy siedzę w konfesjonale zmęczony, z ociężałymi powiekami, i słyszę kolejne słowa kolejnego człowieka, rozumiem po co tu jestem. To kapłaństwo w swojej najbardziej czystej, nie ozdobionej formie. Bycie tam, gdzie człowiek potrzebuje Boga najbardziej. I trwanie przy tym, dopóki wszyscy nie przejdą.
Ten czas naprawdę ma znaczenie. Nie rezygnujmy z niego. Nie dajmy się ponieść myśleniu, że przecież to tylko na święta. Owszem, może powód ich przyjścia do nas to zwykła tradycja. Ale ich skrucha, jeśli się nad człowiekiem pochylisz, wychodzi niczym w rozmowie Jezusa z Samarytanką. Mam ten obraz w pokoju i widzę w nim ludzi, co przychodzą i najchętniej by powiedzieli: to co zwykle, proszę. A ty siadasz, patrzysz w oczy człowieka i pytasz: a co tak naprawdę Cię boli. I wtedy wiesz, że człowiek rozumie, że nie chcesz go ,,załatwić”, a przywrócić mu to, co dawno utracił. Zaufanie, miłość, łaskę. ,,Przez posługę Kościoła i ja odpuszczam ci grzechy". Nagle wszystko staje się nowe.
Zamiast zakończenia
Wielki Tydzień się kończy. Zmęczenie powoli odpuszcza. Zostają obrazy, twarze w kolejce, ciche "dziękuję" za kratką, dzieci, które pierwszy raz od dawna przyszły na spowiedź i patrzyły wielkimi oczami, jakby sprawdzały, czy tu jest bezpiecznie. Jest. Zawsze jest.
Zostaje też coś głębszego, przekonanie, które wraca co roku i za każdym razem jest mocniejsze. Że kapłaństwo jest prawdziwe właśnie tutaj. Przy kratce. W tej jednej chwili ciszy, zanim człowiek zacznie mówić. W tym jednym zdaniu, które kapłan wypowiada w imieniu Kogoś większego od siebie.
I jest w tym pewien paradoks, który za każdym razem mnie uderza. To ty siedzisz za kratkami. Ty! Nie oni! To ty jesteś zamknięty w tej drewnianej skrzynce, godzina po godzinie. A jednak to ci, którzy stoją wolni po drugiej stronie, wychodzą z konfesjonału jeszcze bardziej wolni niż przyszli. Jakby to ich kratki opadały, nie twoje. Jakbyś ty, siedząc zamknięty, otwierał coś w nich, czego sami otworzyć nie potrafili. Taki jest konfesjonał. Taka jest łaska.
Wielki Tydzień minął. Ale konfesjonał pozostaje. I za rok siadam z powrotem. Kolejka może być jeszcze dłuższa. Damy radę. Z Bogiem zawsze damy radę!
Ks. Adam Płonka
Po świętach właściwie do teraz próbuję odespać Triduum. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony, myślę, że każdy kapłan, który przeżył Wielki Tydzień w parafii, wie dokładnie, o czym mówię.
Niejednego zmęczenia w życiu doświadczyłem. Robiłem kiedyś do późna na tartaku, tak że ręce mi odpadały. Siedziałem do białego rana przed egzaminami w seminarium, żeby się przygotować, mimo że silentium sacrum jest silentium sacrum, ale człowiek jest człowiekiem. Znałem więc różne odmiany zmęczenia. Myślałem, że znam je wszystkie. Wielki Tydzień pokazał mi, że byłem w błędzie.
Bo zmęczenie fizyczne, zmęczenie po nieprzespanej nocy, to przy tamtym pikuś. Tamte można było jakoś pokonać, przetrzymać, przespać. Ale zmęczenie, które czujesz, gdy wychodzisz z konfesjonału po kilku godzinach wypowiadania słów "Ja odpuszczam tobie grzechy", to jest zupełnie inny poziom. To wychodzi z głębszego miejsca niż mięśnie czy niedobór snu. I żadna kawa tego nie naprawi. Chociaż nie powiem, i jej nie brakowało w tych ostatnich dniach.
Wielki Tydzień to czas, który jest trochę jak rekolekcje. Przywraca mi spojrzenie na to, po co w ogóle zostałem księdzem. Godzina po godzinie, człowiek po człowieku i zostaje mi wtedy to, co najważniejsze. Kapłan przy kratce, człowiek po drugiej stronie i Bóg, który jest obecny wtedy znacznie bardziej, niż nam się wydaje.
Człowiek sakramentów
Kapłan jest człowiekiem sakramentów. To zdanie brzmi może banalnie, ale im dłużej się nad nim siedzi, tym więcej znajduję w nim treści. Chodzi o coś więcej niż sprawowanie liturgii czy odmawianie formuł, chodzi o to, że kapłan przez sakramenty rozumie swoje miejsce w Kościele i w życiu każdego człowieka, który do niego przychodzi. To przez nie definiuje się jego tożsamość. To przez nie odnajduje odpowiedź na pytanie: po co tu jestem? Dla kogo zostałem posłany?
W Wielki Czwartek podczas mandatum patrzyłem na to, jak proboszcz obmywał nogi naszym zasłużonym parafianom. A ja wtedy, słuchając Ubi caritas, patrzyłem w dal i myślałem sobie, że Ty Panie myjesz nam nogi, a my w Twoim imieniu myjemy serca ludzi. Taka jest nasza rola. Taki jest nasz żywot.
Są różne posługi, różne charyzmaty, różne role w życiu parafii. I za każdą z nich jestem wdzięczny, naprawdę, z całego serca. Ludzie robili tak wiele. Zakrystia się szykowała, chłopaki ogarniały zbiórki i asysty, ktoś porządkował obrusy, ktoś szykował naczynia. Naprawdę działo się. Za każdą z tych posług kryje się miłość do wspólnoty i bez tych ludzi wiele by się po prostu nie udało. Parafia żyje właśnie dzięki nim.
A jednak, pośród tego wszystkiego, jest jedno miejsce, gdzie bycie kapłanem znaczy absolutnie wszystko. Miejsce, gdzie żadna organizacja, żaden wolontariusz, żaden dobry człowiek z zewnątrz mnie nie zastąpi. To konfesjonał. I właśnie do tej prawdy wracam w każdy Wielki Tydzień.
Mówię to z pokorą, bo to naprawdę nie jest kwestia wyjątkowości czy przywileju. To ciężar, który bierzesz na siebie ze świadomością, że jest wart każdej chwili. Bo tu chodzi o Chrystusa, który pochyla się nad każdym człowiekiem z osobna. Ja jestem tylko narzędziem. Ale narzędziem, które w tym momencie jest jedyne, niezastąpione i niezbędne.
Kolejka pod płotem
I właśnie dlatego Wielki Tydzień wygląda tak, jak wygląda. My widzimy to co zewnętrzne, procesje, liturgię, piękne dekoracje, śpiewy. A od środka intensywność, której nie przewiduje żaden kalendarz duszpasterski i której nie da się zaplanować z góry. Chociaż nie powiem, staraliśmy się żeby było jak najlepiej, żeby w żadnym momencie dnia nie zabrakło co najmniej dwóch księży do spowiadania.
Pamiętam, jak usiadłem do konfesjonału razem z resztą księży. Każdy za swoją kratką, a kolejka w moment z kilkuosobowej stała się długa na cały kościół. Bo stoją w niej ludzie, którzy za chwilę wejdą z całym swoim życiem i grzesznością. W pewnej chwili zastanawiałem się, jak to możliwe, że gdy nas siedziało siedmiu, kolejka cały czas rosła i rosła, aż w końcu wychodziła daleko poza mury kościoła. Podchodziła pod płot. Ludzie stali. Czekali. Normalnie jak powrót do PRL-u, za rzeczami na kartki. Przychodzili z różnych stron, młodzi i starzy, pewni siebie i przestraszeni, tacy, którzy mają w oczach spokój i tacy, którym drżą ręce, nim jeszcze otworzą usta. Ecce homo. Oto człowiek.
Mijała godzina za godziną. Kolana sztywnieją, stopy marzną. Gardło siada, a zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Do takiego stopnia, że aż brewiarz otworzyłem na kolanach z formułą rozgrzeszenia, bo powoli zaczynałem tracić poczucie rzeczywistości. Po dwóch godzinach myśl, że jeszcze pięć minut i wyjdę na chwilę, i znowu ktoś wchodzi, klęka, zaczyna mówić. I znowu słuchasz. I nagle te pięć minutek zmienia się w kolejną godzinę, a potem jeszcze jedną. Przeplatany czas rozmów chwilami na krótki spacer, żeby przewietrzyć głowę, napić się wody i kawy, zjeść coś i dalej. Tak właśnie działa posługa pojednania. Sama dyktuje swój rytm, a ja uczę się temu rytmowi ufać i podołać.
W Wielki Piątek wyszedłem do liturgii pięć minut przed jej rozpoczęciem. Wszystko było ustalone i przygotowane, patrzę w kamerę na Kaplicę Miłosierdzia, chłopaki dalej spowiadają, kolejka dalej po drzwi kościoła, do liturgii zostało czterdzieści pięć minut. Mówię, idę im pomóc. Chłopaki, ogarniajcie wszystko, ja idę do konfesjonału. Dosłownie pięć minut przed liturgią udało się wyjść, gdy ostatnia osoba odeszła od kratki. Bo do ostatniej chwili siedziałem przy niej razem z moimi współbraćmi, ramię w ramię.
Wyszedłem z konfesjonału i powiem szczerze, po ludzku cieszyłem się, że to koniec. Że udało się wszystkich wyspowiadać. Że daliśmy radę. Spojrzałem na proboszcza i widziałem, jak się ugina, dosłownie, od tych długich godzin siedzenia. Tego dnia konfesjonał stał się jego własnym krzyżem i myślę, że on sam wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek. I byłem mu za to wdzięczny. Za to, że trwał.
I wiecie, wszedłem na tę liturgię Wielkiego Piątku z czymś, czego wcześniej tak mocno nie czułem. Podczas odczytywania Męki Pańskiej kapłan wypowiada w pewnym momencie słowa Chrystusa z krzyża: "Dziś będziesz ze mną w raju." Jakie to było prawdziwe. Bo wiedziałem, że ludzie, którzy siedzą w tych ławkach, przed chwilą właśnie przez to przeszli, przez swój własny rachunek sumienia, przez swój własny wstyd, przez swoje własne "przepraszam." I że te słowa z krzyża są dla nich. Naprawdę dla nich. Coś pięknego. Boże, dziękuję Ci, że wszyscy zdążyli się pojednać z Tobą.
Do tych, którzy przyszli
Chciałbym teraz powiedzieć kilka słów tym wszystkim, którzy stanęli w tej kolejce. Bo znam Was, nawet jeśli nie znam Waszych twarzy czy imion. Wiem, że wielu z Was przychodziło z podobną historią. Mniej więcej co roku. Może dwa razy w roku. Trochę niepewnie, z poczuciem, że "nie mam nic wielkiego do powiedzenia." Że życie religijne, no, takie se. Że może to jeszcze nie ten moment, nie ta parafia, nie ten ksiądz. A jednak przyszliście. I to jest właśnie to, co najbardziej zostaje w pamięci. Ten prosty fakt, że ktoś wstał, zapiął kurtkę i powiedział sobie w środku: idę.
Wiem też, że część z Was mówiła mniej więcej to samo, co rok temu. I rok wcześniej. Ta sama praca, ta sama rodzina, te same słabości z lekką modyfikacją okoliczności. I być może gdzieś z tyłu głowy siedziała myśl: on pewnie już to słyszał, pewnie myśli, że jestem kolejnym półroczniakiem, który przychodzi tylko przed Wielkanocą. Chcę Wam powiedzieć wprost: to spotkanie zawsze jest pierwsze. Za każdym razem. Bo po każdej spowiedzi człowiek wychodzi czysty i wszystko zaczyna się od nowa.
Chrystus cieszy się z każdej spowiedzi. Z każdego człowieka, który wstaje z kolejki i mówi: spróbuję. Z każdego żołądka ściśniętego ze wstydu. Z każdego "przepraszam" wypowiedzianego cicho w ciemności konfesjonału. Z każdej łzy, gdy uświadamiasz sobie jak Bóg Cię kocha. Ewangelia jest właśnie dla takich momentów, dla tych, którzy przychodzą z tym, co mają, a nie z tym, co powinni mieć. To właśnie moment, kiedy Chrystus mówi bez owijania w ładne słówka: chodź z tym, co masz. Wystarczy.
Naprawdę chciałem Wam podziękować. Wiem, że ciężko się zmobilizować. Wiem, że spowiedź stresuje, że pojawiają się myśli: co sobie pomyśli, albo po co mam mówić coś, czego i tak nie jestem w stanie zmienić. Po co mi to. A jednak staliście w nieraz godzinnej kolejce, tylko po to, albo aż po to, żeby dostać rozgrzeszenie. Każdego roku możesz się spowiadać z tego samego, ale jesteś inny, zawsze masz poczucie nowego początku i nigdy nie wiadomo, czy to nie jest ten moment, w którym coś w końcu zaskoczy.
Dlatego dziękuję. Bo każde to "przepraszam", każdy moment nawrócenia, to spotkanie z konkretną osobą. Może być jeden dzień i trzysta osób, każdy może powiedzieć te same rzeczy i te same grzechy, a ja i tak wiem, że za nimi kryje się konkretny człowiek, konkretne pouczenie i konkretne przebaczenie. Bo mamy różne charaktery, a łączy nas wszystkich Chrystus.
Coś, czego nikt za nas nie zrobi
Ta wdzięczność ma swoje drugie oblicze, wdzięczność wobec samej posługi. Konfesjonał jest miejscem, które uczy kapłana pokory w sposób, którego żadne inne doświadczenie nie zastąpi. Siedzisz tam i słyszysz ludzkie życie w całej jego złożoności i uczysz się, że twoja rola jest niezastąpiona tylko dlatego, bo tak chciał Bóg, a twoja własna mądrość jest przy tym naprawdę drugorzędna.
Posługa pojednania mieszka tam, gdy człowiek mówi, a Bóg przez kapłańskie usta odpowiada: jest ci przebaczone. Idź. Czy trzeba czegoś więcej? Na co Ci te wszystkie teologiczne traktaty? Ten człowiek potrzebuje tylko jednego. Usłyszeć, że jest kochany, usłyszeć, że jest szansa zmiany, usłyszeć, że Bóg nigdy go nie opuści i nie zostawi. A on ma po prostu ma wiedzieć, że tu jest miejsce, gdzie nikt go nie zrówna z ziemią, a pomoże wstać i iść dalej. Kapłan jest przy tym tylko głosem. Ale to właśnie tego głosu nic nie zastąpi.
Dlatego te długie godziny w konfesjonale mają smak czegoś absolutnie niepowtarzalnego. Można by zmierzyć je w minutach i godzinach, w bólu pleców od ciągłego siedzenia i w ochrypniętym głosie, nawet w głowie, która jest pełna ludzkich słabości. Ale naprawdę mierzy się je w twarzach. Twarzach ludzi, które wchodziły spięte, a wychodziły lżejsze. W oczach, które przychodziły z ciężarem, a odchodziły z czymś, co trudno nazwać inaczej niż ulgą. To jest nagroda, której żadne honorarium nie odda i żaden dokument nie opisze. I nikt ci jej nie zabierze. Ojcowska miłość, gdy dziecko wraca do domu Ojca.
I właśnie dlatego, kiedy siedzę w konfesjonale zmęczony, z ociężałymi powiekami, i słyszę kolejne słowa kolejnego człowieka, rozumiem po co tu jestem. To kapłaństwo w swojej najbardziej czystej, nie ozdobionej formie. Bycie tam, gdzie człowiek potrzebuje Boga najbardziej. I trwanie przy tym, dopóki wszyscy nie przejdą.
Ten czas naprawdę ma znaczenie. Nie rezygnujmy z niego. Nie dajmy się ponieść myśleniu, że przecież to tylko na święta. Owszem, może powód ich przyjścia do nas to zwykła tradycja. Ale ich skrucha, jeśli się nad człowiekiem pochylisz, wychodzi niczym w rozmowie Jezusa z Samarytanką. Mam ten obraz w pokoju i widzę w nim ludzi, co przychodzą i najchętniej by powiedzieli: to co zwykle, proszę. A ty siadasz, patrzysz w oczy człowieka i pytasz: a co tak naprawdę Cię boli. I wtedy wiesz, że człowiek rozumie, że nie chcesz go ,,załatwić”, a przywrócić mu to, co dawno utracił. Zaufanie, miłość, łaskę. ,,Przez posługę Kościoła i ja odpuszczam ci grzechy". Nagle wszystko staje się nowe.
Zamiast zakończenia
Wielki Tydzień się kończy. Zmęczenie powoli odpuszcza. Zostają obrazy, twarze w kolejce, ciche "dziękuję" za kratką, dzieci, które pierwszy raz od dawna przyszły na spowiedź i patrzyły wielkimi oczami, jakby sprawdzały, czy tu jest bezpiecznie. Jest. Zawsze jest.
Zostaje też coś głębszego, przekonanie, które wraca co roku i za każdym razem jest mocniejsze. Że kapłaństwo jest prawdziwe właśnie tutaj. Przy kratce. W tej jednej chwili ciszy, zanim człowiek zacznie mówić. W tym jednym zdaniu, które kapłan wypowiada w imieniu Kogoś większego od siebie.
I jest w tym pewien paradoks, który za każdym razem mnie uderza. To ty siedzisz za kratkami. Ty! Nie oni! To ty jesteś zamknięty w tej drewnianej skrzynce, godzina po godzinie. A jednak to ci, którzy stoją wolni po drugiej stronie, wychodzą z konfesjonału jeszcze bardziej wolni niż przyszli. Jakby to ich kratki opadały, nie twoje. Jakbyś ty, siedząc zamknięty, otwierał coś w nich, czego sami otworzyć nie potrafili. Taki jest konfesjonał. Taka jest łaska.
Wielki Tydzień minął. Ale konfesjonał pozostaje. I za rok siadam z powrotem. Kolejka może być jeszcze dłuższa. Damy radę. Z Bogiem zawsze damy radę!
Ks. Adam Płonka