Kiedy nic nie gra
Nie każdy cień to burza
W ostatnim czasie słowo „kryzys” stało się jak plaster – przyklejamy je na wszystko, co nas uwiera. Brak zapału? Kryzys. Zmęczenie? Kryzys. Potrzeba ciszy? Kryzys. Tymczasem nie każda zmiana temperatury w sercu oznacza, że ogień gaśnie. Czasem po prostu zmienia się płomień. To tyle.
Kilka dni temu mówiłem sam do siebie: „ Oho mam kryzys.” Wydawało mi się to uczciwe. Byłem mniej zaangażowany, mniej emocjonalnie obecny w liturgii, znużony obowiązkami. Ale dziś widzę, że nie miałem kryzysu. Miałem moment przejścia. Moment, w którym coś we mnie dojrzewało, jakby w ciemności, po cichu, bez fanfar.
Nie każdy ksiądz musi świecić jak paschał przez cały rok. Czasem trzeba zgasnąć, by Bóg mógł zapalić nas na nowo – już nie tym samym światłem, ale innym, bardziej wewnętrznym.
Gdy wszystko działa, ale coś nie gra
Są takie chwile w kapłańskim życiu, kiedy zewnętrznie wszystko się układa: duszpasterstwo działa, ludzie przychodzą, liturgia odprawiona, homilie przygotowane. Niby wszystko na miejscu – a jednak coś nie gra. Jakby dźwięk życia się rozstroił. Nie ma grzechu, nie ma wielkiej duchowej ciemności – ale jest jakaś pustka, tęsknota. Brakuje iskry, oddechu. Człowiek chodzi, robi, mówi – ale czuje, że zaczyna przypominać dobrze naoliwioną maszynę, nie żywego człowieka.
Tak właśnie było ze mną. Nie potrafiłem tego od razu nazwać. Bo przecież wszystko było „OK”. A jednak gdzieś głęboko zaczęło kiełkować pytanie: „Czy to już wszystko?”.
Zmiana, która przyszła po cichu
Nie było wielkiego załamania. Nie rzucałem stułą w kąt, nie pisałem dramatycznego listu do księdza biskupa, nie wyjechałem na pustynię. Ale coś się zaczęło psuć od środka – nie dramatycznie, ale systematycznie. Modlitwa stawała się obowiązkiem, nie rozmową. Spotkania duszpasterskie – zadaniami do odhaczenia. Ludzie – czasem bardziej przeszkadzali niż cieszyli. I choć z zewnątrz pewnie nikt by się nie domyślił, we mnie trwała jakaś cicha walka.
Czułem, że potrzebuję… czegoś. Ale nie wiedziałem czego. Nie chodziło o odpoczynek, nie o urlop. To było coś głębszego. Jakby dusza domagała się przestrzeni, wolności, czegoś świeżego.
Przypadek (albo i nie) z gitarą
I wtedy – zupełnie niespodziewanie, tak jakby od niechcenia – przypomniałem sobie o gitarze. O tym, jak kiedyś, dawno temu, jeszcze jako licealista w Kętach, marzyłem, żeby grać bo już wtedy kochałem śpiewać. Ale jakoś nigdy nie było czasu, odwagi i determinacji. Teraz, w samym środku kapłańskiej pustki, ta myśl wróciła. Z początku ją zignorowałem. Gitara? Teraz? Serio? Chłopie masz 28 lat…
Ale myśl wracała jak bumerang. Aż któregoś wieczoru zadzwoniłem do mojego brata – zawodowego muzyka – i powiedziałem: „Słuchaj, chciałbym gitarę. Chyba muszę nauczyć się grać.” On, bez zbędnych pytań, po prostu przyjechał i wręczył mi swoją – jak się później okazało – bardzo dobrą gitarę. „Masz. I graj” – powiedział. I tak właśnie zaczęła się nowa przygoda.
Palce bolą a dusza oddycha
Nie było łatwo. Ba… dalej nie jest… Na początku brzdąkałem jak początkujący kowboj. Palce bolały niemiłosiernie. Akord G był dla mnie Himalajami, a F to w ogóle jakaś forma tortury. Ale... w tym całym nieporadnym hałasie, zaczęło się dziać coś niezwykłego.
Znowu poczułem, że żyję. Tak z pełnej piersi. Że robię coś, co mnie cieszy – nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Zacząłem uczyć się cierpliwości. Pokory. Tego, że nie wszystko wychodzi od razu. Że warto ćwiczyć – nie po to, by wystąpić na scenie, ale po to, by odnaleźć harmonię w sobie.
Nowa przestrzeń wolności
Nie chodziło tylko o gitarę. Chodziło o to, że wreszcie pozwoliłem sobie na coś, co nie było „użyteczne”. Co nie miało żadnego „pastoralnego celu”. Co nie służyło nikomu oprócz mnie. I właśnie to – paradoksalnie – zaczęło mnie na nowo otwierać na innych.
Po jakimś czasie zauważyłem, że wróciła radość w liturgii. Że znowu cieszę się z rozmowy z drugim człowiekiem. Że homilie piszą się jakoś bardziej z serca. A czasem – po adoracji, spotkaniach z młodzieżą czy ministrantami – wyciągam gitarę. Po prostu, by być sobą.
Kapłan też człowiek
Czasem mam wrażenie, że od księdza oczekuje się, że będzie zawsze na pełnych obrotach. Zawsze gotowy, zawsze obecny, zawsze duchowy. Ale kapłan też człowiek. I ma prawo – a może wręcz obowiązek – dbać o swoje człowieczeństwo. O pasję, o śmiech, o rozwój. O to, co sprawia, że serce nie kamienieje.
Mój ostatni duchowy czas nauczył mnie jednej rzeczy: że warto być dla siebie dobrym. Że warto słuchać swojej duszy. Że jeśli czujesz, że czegoś Ci brakuje – to może to nie jest pokusa, ale wezwanie.
Duchowy rozwój to nie tylko rekolekcje, lektura teologii czy adoracje. Czasem rozwijasz się duchowo wtedy, gdy uczysz się ciszy między dźwiękami. Gdy ból palców uczy Cię pokory. Gdy nie wszystko brzmi czysto, ale grasz dalej.
Gra na gitarze nie stała się centrum mojego życia. Ale pomogła mi coś zrozumieć: że ksiądz też jest człowiekiem. I że jeśli chce być naprawdę pasterzem, musi najpierw dbać o swoje człowieczeństwo – również o tę część, która się śmieje, fałszuje i cieszy się nowymi rzeczami.
Na koniec – do braci w kapłaństwie (i nie tylko)
Nie wiem, kto to czyta. Może ksiądz, może ktoś świecki. Ale jeśli jesteś kapłanem i czujesz, że coś w Tobie stygnie – nie uciekaj od tego. Zatrzymaj się. Posłuchaj. Może to nie koniec, tylko zaproszenie? Może właśnie teraz Pan Bóg mówi: „A teraz coś nowego?”.
Czasem trzeba tylko odwagi, by sięgnąć po coś innego. Po gitarę, po pędzel, po aparat, po książkę, którą zawsze chciałeś napisać. Nie po to, by przestać być księdzem. Ale by znów być nim z sercem.
Nie chodzi o to, żeby teraz wszyscy księża rzucili się na gitary. Nie o to, żeby hobby zastąpiło duchowość. Ale może czasem trzeba pozwolić sobie na coś, co będzie tylko dla Ciebie – nie dla parafii, nie do wykorzystania duszpastersko. Coś, co przypomni Ci, że jesteś także człowiekiem, nie tylko funkcją.
Bo może najgłębsze powołanie rodzi się nie w momencie, gdy mamy wszystko pod kontrolą – ale właśnie wtedy, gdy pozwalamy sobie być trochę... pogubieni. Żeby Bóg miał szansę nas znaleźć na nowo.
Nie wiem, jak długo będę jeszcze grał na gitarze. Może znów sięgnę po coś innego. Może nauczę się piec chleb. Albo wreszcie przeczytam tę grubą książkę o św. Tomaszu, która od roku leży przy łóżku. Ale jedno wiem: pozwolenie sobie na tę drogę „od siebie” było najuczciwszą rzeczą, jaką mogłem zrobić.
I chyba właśnie o to chodzi w kapłaństwie. Nie tylko o to, żeby „być dla innych”, ale też żeby pozwolić Bogu być dla mnie. Nawet jeśli czasem przyjdzie w stroju gitarzysty – w rytmie szarpanych strun i cichego, nierównego brzdęku, który z czasem zaczął składać się w coś, co przypomina już powoli melodię.
Nie idealną. Ale moją.
Ks. Adam Płonka
W ostatnim czasie słowo „kryzys” stało się jak plaster – przyklejamy je na wszystko, co nas uwiera. Brak zapału? Kryzys. Zmęczenie? Kryzys. Potrzeba ciszy? Kryzys. Tymczasem nie każda zmiana temperatury w sercu oznacza, że ogień gaśnie. Czasem po prostu zmienia się płomień. To tyle.
Kilka dni temu mówiłem sam do siebie: „ Oho mam kryzys.” Wydawało mi się to uczciwe. Byłem mniej zaangażowany, mniej emocjonalnie obecny w liturgii, znużony obowiązkami. Ale dziś widzę, że nie miałem kryzysu. Miałem moment przejścia. Moment, w którym coś we mnie dojrzewało, jakby w ciemności, po cichu, bez fanfar.
Nie każdy ksiądz musi świecić jak paschał przez cały rok. Czasem trzeba zgasnąć, by Bóg mógł zapalić nas na nowo – już nie tym samym światłem, ale innym, bardziej wewnętrznym.
Gdy wszystko działa, ale coś nie gra
Są takie chwile w kapłańskim życiu, kiedy zewnętrznie wszystko się układa: duszpasterstwo działa, ludzie przychodzą, liturgia odprawiona, homilie przygotowane. Niby wszystko na miejscu – a jednak coś nie gra. Jakby dźwięk życia się rozstroił. Nie ma grzechu, nie ma wielkiej duchowej ciemności – ale jest jakaś pustka, tęsknota. Brakuje iskry, oddechu. Człowiek chodzi, robi, mówi – ale czuje, że zaczyna przypominać dobrze naoliwioną maszynę, nie żywego człowieka.
Tak właśnie było ze mną. Nie potrafiłem tego od razu nazwać. Bo przecież wszystko było „OK”. A jednak gdzieś głęboko zaczęło kiełkować pytanie: „Czy to już wszystko?”.
Zmiana, która przyszła po cichu
Nie było wielkiego załamania. Nie rzucałem stułą w kąt, nie pisałem dramatycznego listu do księdza biskupa, nie wyjechałem na pustynię. Ale coś się zaczęło psuć od środka – nie dramatycznie, ale systematycznie. Modlitwa stawała się obowiązkiem, nie rozmową. Spotkania duszpasterskie – zadaniami do odhaczenia. Ludzie – czasem bardziej przeszkadzali niż cieszyli. I choć z zewnątrz pewnie nikt by się nie domyślił, we mnie trwała jakaś cicha walka.
Czułem, że potrzebuję… czegoś. Ale nie wiedziałem czego. Nie chodziło o odpoczynek, nie o urlop. To było coś głębszego. Jakby dusza domagała się przestrzeni, wolności, czegoś świeżego.
Przypadek (albo i nie) z gitarą
I wtedy – zupełnie niespodziewanie, tak jakby od niechcenia – przypomniałem sobie o gitarze. O tym, jak kiedyś, dawno temu, jeszcze jako licealista w Kętach, marzyłem, żeby grać bo już wtedy kochałem śpiewać. Ale jakoś nigdy nie było czasu, odwagi i determinacji. Teraz, w samym środku kapłańskiej pustki, ta myśl wróciła. Z początku ją zignorowałem. Gitara? Teraz? Serio? Chłopie masz 28 lat…
Ale myśl wracała jak bumerang. Aż któregoś wieczoru zadzwoniłem do mojego brata – zawodowego muzyka – i powiedziałem: „Słuchaj, chciałbym gitarę. Chyba muszę nauczyć się grać.” On, bez zbędnych pytań, po prostu przyjechał i wręczył mi swoją – jak się później okazało – bardzo dobrą gitarę. „Masz. I graj” – powiedział. I tak właśnie zaczęła się nowa przygoda.
Palce bolą a dusza oddycha
Nie było łatwo. Ba… dalej nie jest… Na początku brzdąkałem jak początkujący kowboj. Palce bolały niemiłosiernie. Akord G był dla mnie Himalajami, a F to w ogóle jakaś forma tortury. Ale... w tym całym nieporadnym hałasie, zaczęło się dziać coś niezwykłego.
Znowu poczułem, że żyję. Tak z pełnej piersi. Że robię coś, co mnie cieszy – nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Zacząłem uczyć się cierpliwości. Pokory. Tego, że nie wszystko wychodzi od razu. Że warto ćwiczyć – nie po to, by wystąpić na scenie, ale po to, by odnaleźć harmonię w sobie.
Nowa przestrzeń wolności
Nie chodziło tylko o gitarę. Chodziło o to, że wreszcie pozwoliłem sobie na coś, co nie było „użyteczne”. Co nie miało żadnego „pastoralnego celu”. Co nie służyło nikomu oprócz mnie. I właśnie to – paradoksalnie – zaczęło mnie na nowo otwierać na innych.
Po jakimś czasie zauważyłem, że wróciła radość w liturgii. Że znowu cieszę się z rozmowy z drugim człowiekiem. Że homilie piszą się jakoś bardziej z serca. A czasem – po adoracji, spotkaniach z młodzieżą czy ministrantami – wyciągam gitarę. Po prostu, by być sobą.
Kapłan też człowiek
Czasem mam wrażenie, że od księdza oczekuje się, że będzie zawsze na pełnych obrotach. Zawsze gotowy, zawsze obecny, zawsze duchowy. Ale kapłan też człowiek. I ma prawo – a może wręcz obowiązek – dbać o swoje człowieczeństwo. O pasję, o śmiech, o rozwój. O to, co sprawia, że serce nie kamienieje.
Mój ostatni duchowy czas nauczył mnie jednej rzeczy: że warto być dla siebie dobrym. Że warto słuchać swojej duszy. Że jeśli czujesz, że czegoś Ci brakuje – to może to nie jest pokusa, ale wezwanie.
Duchowy rozwój to nie tylko rekolekcje, lektura teologii czy adoracje. Czasem rozwijasz się duchowo wtedy, gdy uczysz się ciszy między dźwiękami. Gdy ból palców uczy Cię pokory. Gdy nie wszystko brzmi czysto, ale grasz dalej.
Gra na gitarze nie stała się centrum mojego życia. Ale pomogła mi coś zrozumieć: że ksiądz też jest człowiekiem. I że jeśli chce być naprawdę pasterzem, musi najpierw dbać o swoje człowieczeństwo – również o tę część, która się śmieje, fałszuje i cieszy się nowymi rzeczami.
Na koniec – do braci w kapłaństwie (i nie tylko)
Nie wiem, kto to czyta. Może ksiądz, może ktoś świecki. Ale jeśli jesteś kapłanem i czujesz, że coś w Tobie stygnie – nie uciekaj od tego. Zatrzymaj się. Posłuchaj. Może to nie koniec, tylko zaproszenie? Może właśnie teraz Pan Bóg mówi: „A teraz coś nowego?”.
Czasem trzeba tylko odwagi, by sięgnąć po coś innego. Po gitarę, po pędzel, po aparat, po książkę, którą zawsze chciałeś napisać. Nie po to, by przestać być księdzem. Ale by znów być nim z sercem.
Nie chodzi o to, żeby teraz wszyscy księża rzucili się na gitary. Nie o to, żeby hobby zastąpiło duchowość. Ale może czasem trzeba pozwolić sobie na coś, co będzie tylko dla Ciebie – nie dla parafii, nie do wykorzystania duszpastersko. Coś, co przypomni Ci, że jesteś także człowiekiem, nie tylko funkcją.
Bo może najgłębsze powołanie rodzi się nie w momencie, gdy mamy wszystko pod kontrolą – ale właśnie wtedy, gdy pozwalamy sobie być trochę... pogubieni. Żeby Bóg miał szansę nas znaleźć na nowo.
Nie wiem, jak długo będę jeszcze grał na gitarze. Może znów sięgnę po coś innego. Może nauczę się piec chleb. Albo wreszcie przeczytam tę grubą książkę o św. Tomaszu, która od roku leży przy łóżku. Ale jedno wiem: pozwolenie sobie na tę drogę „od siebie” było najuczciwszą rzeczą, jaką mogłem zrobić.
I chyba właśnie o to chodzi w kapłaństwie. Nie tylko o to, żeby „być dla innych”, ale też żeby pozwolić Bogu być dla mnie. Nawet jeśli czasem przyjdzie w stroju gitarzysty – w rytmie szarpanych strun i cichego, nierównego brzdęku, który z czasem zaczął składać się w coś, co przypomina już powoli melodię.
Nie idealną. Ale moją.
Ks. Adam Płonka