Moja Kalwaria
Niektóre miejsca w życiu człowieka są jak przystanki na zwyczajnej trasie: zatrzymasz się, rozejrzysz i ruszasz dalej, zapominając o nich po kilku dniach. Ale są też takie miejsca, które w tajemniczy sposób wpisują się w historię twojego serca. Możesz od nich odjechać na wiele kilometrów, możesz zapomnieć o nich na lata, a jednak pewnego dnia znów tam wracasz i odkrywasz, że to miejsce wcale nie opuściło ciebie.
Tak jest u mnie z Kalwarią Zebrzydowską. To nie tylko sanktuarium, w którym tyle razy brzmiały pieśni maryjne i zapachniało kadzidło. To przestrzeń, gdzie człowiek czuje się trochę jak na drodze, która prowadzi głębiej niż tylko po bruku między kaplicami. Kalwaria ma w sobie coś z lustra, stajesz przed obrazem Matki i widzisz nie tylko Jej spojrzenie, ale też swoje własne życie: pytania, niepokoje, nadzieje.
Właśnie dlatego mówię, że Kalwaria nie jest dla mnie celem pielgrzymki, ale drogą, która wraca. To tutaj uczyłem się zawierzać, tutaj dojrzewałem i tutaj dziś wracam z młodymi, którzy podobnie jak ja przed laty szukają światła na progu ważnych decyzji. I za każdym razem odkrywam, że choć wiele się we mnie zmieniło, to jedno pozostaje takie samo: spojrzenie Matki, która czeka.
Początek seminarium pamiętam do dziś. To był czas, kiedy wszystko było nowe i nie do końca wiadomo, w co się człowiek pakuje. Z jednej strony ciekawość, z drugiej sporo niepewności. Wyjazd na dni wstępne miał nas zintegrować, żebyśmy się lepiej poznali jako rocznik (wtedy jeszcze św. Paweł VI, bo później ,,przeskoczyłem” na rocznik bł. Męczenników Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego). Ale szybko okazało się, że to nie tylko zwykła wycieczka, tylko pierwszy krok w coś większego. W drogę, którą mieliśmy iść razem, każdy ze swoim bagażem pytań, nadziei i obaw.
Zatrzymaliśmy się wtedy w ośrodku Totus Tuus w Zembrzycach. Było w tym coś symbolicznego. Zaczynać życie seminaryjne w miejscu noszącym w swojej nazwie słowa Jana Pawła II, tego, który przecież tak mocno wskazywał na Maryję. Pamiętam, że atmosfera była radosna, trochę studencka - rozmowy do późna, żarty, pierwsze przyjaźnie. A równocześnie gdzieś w tle brzmiało pytanie: „Czy ja naprawdę dam radę? Czy to jest moja droga?”
Jednego dnia ruszyliśmy w góry, na Groń Jana Pawła II. Droga była stroma, momentami męcząca, ale pełna świeżości, w końcu mieliśmy przed sobą całe lata formacji i serca pełne sił. To była wspinaczka nie tylko w sensie fizycznym. Patrząc na to z perspektywy czasu, widzę w niej obraz początku formacji: entuzjazm, ale też niepewność, zadyszka, a jednak krok za krokiem wyżej i dalej.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jeśli dobrze pamiętam, to było jeszcze przed samymi rekolekcjami w ciszy. Tak, jakby Matka miała nas przygotować do tego spotkania. Niby kolejna wycieczka, a jednak wszystko miało inny ciężar. Staliśmy wtedy przed obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej, trochę nieśmiali, jeszcze tak bardzo „na początku”. Każdy niósł swój bagaż: obawy, pytania, radości i każdy w ciszy powierzał Jej własną drogę.
To zawierzenie było proste, niemal dziecięce. Nie było długich modlitw ani górnolotnych słów. Było raczej spojrzenie pełne ufności, tak jak dziecko, które chwyta się ręki Matki, bo inaczej się boi. I dziś, gdy wspominam ten moment, widzę, że właśnie wtedy rozpoczęła się moja droga z Nią. Droga, która od tamtej chwili nieraz wracała i wraca do dziś.
Kilka lat później wróciłem do Kalwarii. Już nie jako świeży kleryk, ale jako diakon, stojący u progu święceń. Droga była ta sama, kaplice takie same, ten sam obraz Matki Bożej a jednak ja byłem inny.
Miałem już za sobą lata formacji: radości, chwile kryzysu, momenty, w których chciałem wszystko rzucić, i takie, gdy byłem pewien, że to właśnie moja droga. Z tym wszystkim stanąłem przed Jej obliczem i uświadomiłem sobie jedno - Maryja była przy mnie przez cały ten czas. Ona się nie zmieniła: wciąż to samo spokojne, ciche spojrzenie pełne troski. Zmieniłem się tylko ja.
Kiedyś patrzyłem na Nią jak na Matkę, której powierzam niepewną przyszłość. Teraz widziałem w Niej Tę, która prowadziła mnie przez kolejne lata. Często po cichu, czasem inaczej, niż planowałem, ale zawsze wiernie. Ten powrót do Kalwarii nie był cofaniem się w przeszłość, ale wejściem głębiej. Odkryciem, że droga, którą wtedy zaczynałem, nie była tylko moim wyborem, ale i Jej prowadzeniem.
I zrozumiałem wtedy coś ważnego: zawierzenie Maryi nie dzieje się raz na zawsze. To rytm życia. Do tego samego miejsca można wracać wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Bo Jej spojrzenie jest stałe, a inaczej bije już tylko moje serce.
Od kilku lat, odkąd jestem w ,,Sercu” wracam do Kalwarii już w zupełnie innej roli. Nie jako kleryk, nie jako diakon, ale jako nauczyciel i kapłan. Tuż przed maturą zabieramy z ks. Przemkiem naszych uczniów, by powierzyli Maryi ten czas, który dla nich wydaje się najważniejszym egzaminem w życiu.
Kiedy patrzę, jak klękają przed obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej, widzę w ich oczach dokładnie to samo, co kiedyś było w moich: niepewność, trochę lęku, ale i nadzieję, że ktoś większy czuwa nad ich przyszłością. Oni modlą się o dobre wyniki, o światło Ducha Świętego, o to, by nie zabrakło im odwagi w kluczowych chwilach. A ja, stojąc obok, modlę się także o to, by odkryli coś więcej, że Maryja nie jest tylko „ratunkiem na egzamin”, ale Matką, która potrafi poprowadzić ich przez całe życie.
Za każdym razem, gdy wracam tam z młodymi, wraca do mnie obraz mnie samego sprzed lat - tego pierwszego kleryka, który przyjechał do Kalwarii z drżącym sercem. I uświadamiam sobie, że Maryja nie tylko mnie prowadziła przez te wszystkie lata, ale że teraz pozwala mi być przewodnikiem dla innych. W Jej spojrzeniu jest jakaś niezwykła ciągłość, tak jakby łączyła nasze pokolenia, nasze historie i nasze drogi w jedno.
Kalwaria stała się dla mnie miejscem spotkania nie tylko z Nią, ale też z samym sobą. Tym dawnym i tym obecnym. A gdy widzę, jak moi uczniowie wychodzą z sanktuarium spokojniejsi, z jaśniejszym spojrzeniem, wiem, że ta droga naprawdę trwa.
Patrząc na tę historię, odkrywam, że Kalwaria to nie tylko sanktuarium, ale szkoła serca. Miejsce dojrzewania: powołania, decyzji i odpowiedzialności. To tutaj człowiek zaczynał z pytaniem: „czy dam radę?”, wracał po latach z ciężarem i radością dojrzalszych wyborów, a dziś staje z innymi, by prowadzić ich w stronę Matki.
Maryja nie jest jedynie adresatką zawierzenia - kimś, komu powierzam swoje życie raz na początku i idę dalej. Ona jest Towarzyszką, która przypomina: „Jestem tutaj, zawsze możesz wrócić. Niezależnie od tego, na jakim etapie drogi jesteś - początku, przełomu czy końca - Ja trwam obok ciebie”.
Widzę, że moja własna droga wpisuje się w tę logikę: od ucznia, który dopiero zaczynał; przez kandydata do kapłaństwa, który dojrzewał do decyzji; aż po nauczyciela i przewodnika, który przyprowadza młodych do tego samego miejsca. To, co kiedyś było moją osobistą historią, dziś staje się mostem dla kolejnego pokolenia.
Właśnie w tym objawia się niezwykła rola Maryi. Ona jest pamięcią drogi. Nie tylko tej mojej, ale drogi całego Kościoła. Jej spojrzenie na obrazie w Kalwarii jest niezmienne, ale ilekroć wracam, widzę w nim coś nowego, bo nowe staje się moje serce.
Wracając do samego początku, to wierzę, że każdy człowiek ma w życiu takie miejsce, do którego wraca czasem po latach, czasem zupełnie niespodziewanie. Miejsce, które przypomina, skąd wyszedł i dokąd zmierza. Dla mnie jest nim Kalwaria Zebrzydowska. Ale przecież nie chodzi tylko o geograficzny punkt na mapie. „Kalwaria” może być każdą przestrzenią, gdzie serce uczy się zawierzać. Gdzie człowiek odkrywa, że nie idzie sam. I może właśnie w tym tkwi tajemnica Kalwarii, że człowiek wraca, a Matka zawsze czeka.
Ks. Adam Płonka
Tak jest u mnie z Kalwarią Zebrzydowską. To nie tylko sanktuarium, w którym tyle razy brzmiały pieśni maryjne i zapachniało kadzidło. To przestrzeń, gdzie człowiek czuje się trochę jak na drodze, która prowadzi głębiej niż tylko po bruku między kaplicami. Kalwaria ma w sobie coś z lustra, stajesz przed obrazem Matki i widzisz nie tylko Jej spojrzenie, ale też swoje własne życie: pytania, niepokoje, nadzieje.
Właśnie dlatego mówię, że Kalwaria nie jest dla mnie celem pielgrzymki, ale drogą, która wraca. To tutaj uczyłem się zawierzać, tutaj dojrzewałem i tutaj dziś wracam z młodymi, którzy podobnie jak ja przed laty szukają światła na progu ważnych decyzji. I za każdym razem odkrywam, że choć wiele się we mnie zmieniło, to jedno pozostaje takie samo: spojrzenie Matki, która czeka.
Początek seminarium pamiętam do dziś. To był czas, kiedy wszystko było nowe i nie do końca wiadomo, w co się człowiek pakuje. Z jednej strony ciekawość, z drugiej sporo niepewności. Wyjazd na dni wstępne miał nas zintegrować, żebyśmy się lepiej poznali jako rocznik (wtedy jeszcze św. Paweł VI, bo później ,,przeskoczyłem” na rocznik bł. Męczenników Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego). Ale szybko okazało się, że to nie tylko zwykła wycieczka, tylko pierwszy krok w coś większego. W drogę, którą mieliśmy iść razem, każdy ze swoim bagażem pytań, nadziei i obaw.
Zatrzymaliśmy się wtedy w ośrodku Totus Tuus w Zembrzycach. Było w tym coś symbolicznego. Zaczynać życie seminaryjne w miejscu noszącym w swojej nazwie słowa Jana Pawła II, tego, który przecież tak mocno wskazywał na Maryję. Pamiętam, że atmosfera była radosna, trochę studencka - rozmowy do późna, żarty, pierwsze przyjaźnie. A równocześnie gdzieś w tle brzmiało pytanie: „Czy ja naprawdę dam radę? Czy to jest moja droga?”
Jednego dnia ruszyliśmy w góry, na Groń Jana Pawła II. Droga była stroma, momentami męcząca, ale pełna świeżości, w końcu mieliśmy przed sobą całe lata formacji i serca pełne sił. To była wspinaczka nie tylko w sensie fizycznym. Patrząc na to z perspektywy czasu, widzę w niej obraz początku formacji: entuzjazm, ale też niepewność, zadyszka, a jednak krok za krokiem wyżej i dalej.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jeśli dobrze pamiętam, to było jeszcze przed samymi rekolekcjami w ciszy. Tak, jakby Matka miała nas przygotować do tego spotkania. Niby kolejna wycieczka, a jednak wszystko miało inny ciężar. Staliśmy wtedy przed obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej, trochę nieśmiali, jeszcze tak bardzo „na początku”. Każdy niósł swój bagaż: obawy, pytania, radości i każdy w ciszy powierzał Jej własną drogę.
To zawierzenie było proste, niemal dziecięce. Nie było długich modlitw ani górnolotnych słów. Było raczej spojrzenie pełne ufności, tak jak dziecko, które chwyta się ręki Matki, bo inaczej się boi. I dziś, gdy wspominam ten moment, widzę, że właśnie wtedy rozpoczęła się moja droga z Nią. Droga, która od tamtej chwili nieraz wracała i wraca do dziś.
Kilka lat później wróciłem do Kalwarii. Już nie jako świeży kleryk, ale jako diakon, stojący u progu święceń. Droga była ta sama, kaplice takie same, ten sam obraz Matki Bożej a jednak ja byłem inny.
Miałem już za sobą lata formacji: radości, chwile kryzysu, momenty, w których chciałem wszystko rzucić, i takie, gdy byłem pewien, że to właśnie moja droga. Z tym wszystkim stanąłem przed Jej obliczem i uświadomiłem sobie jedno - Maryja była przy mnie przez cały ten czas. Ona się nie zmieniła: wciąż to samo spokojne, ciche spojrzenie pełne troski. Zmieniłem się tylko ja.
Kiedyś patrzyłem na Nią jak na Matkę, której powierzam niepewną przyszłość. Teraz widziałem w Niej Tę, która prowadziła mnie przez kolejne lata. Często po cichu, czasem inaczej, niż planowałem, ale zawsze wiernie. Ten powrót do Kalwarii nie był cofaniem się w przeszłość, ale wejściem głębiej. Odkryciem, że droga, którą wtedy zaczynałem, nie była tylko moim wyborem, ale i Jej prowadzeniem.
I zrozumiałem wtedy coś ważnego: zawierzenie Maryi nie dzieje się raz na zawsze. To rytm życia. Do tego samego miejsca można wracać wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Bo Jej spojrzenie jest stałe, a inaczej bije już tylko moje serce.
Od kilku lat, odkąd jestem w ,,Sercu” wracam do Kalwarii już w zupełnie innej roli. Nie jako kleryk, nie jako diakon, ale jako nauczyciel i kapłan. Tuż przed maturą zabieramy z ks. Przemkiem naszych uczniów, by powierzyli Maryi ten czas, który dla nich wydaje się najważniejszym egzaminem w życiu.
Kiedy patrzę, jak klękają przed obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej, widzę w ich oczach dokładnie to samo, co kiedyś było w moich: niepewność, trochę lęku, ale i nadzieję, że ktoś większy czuwa nad ich przyszłością. Oni modlą się o dobre wyniki, o światło Ducha Świętego, o to, by nie zabrakło im odwagi w kluczowych chwilach. A ja, stojąc obok, modlę się także o to, by odkryli coś więcej, że Maryja nie jest tylko „ratunkiem na egzamin”, ale Matką, która potrafi poprowadzić ich przez całe życie.
Za każdym razem, gdy wracam tam z młodymi, wraca do mnie obraz mnie samego sprzed lat - tego pierwszego kleryka, który przyjechał do Kalwarii z drżącym sercem. I uświadamiam sobie, że Maryja nie tylko mnie prowadziła przez te wszystkie lata, ale że teraz pozwala mi być przewodnikiem dla innych. W Jej spojrzeniu jest jakaś niezwykła ciągłość, tak jakby łączyła nasze pokolenia, nasze historie i nasze drogi w jedno.
Kalwaria stała się dla mnie miejscem spotkania nie tylko z Nią, ale też z samym sobą. Tym dawnym i tym obecnym. A gdy widzę, jak moi uczniowie wychodzą z sanktuarium spokojniejsi, z jaśniejszym spojrzeniem, wiem, że ta droga naprawdę trwa.
Patrząc na tę historię, odkrywam, że Kalwaria to nie tylko sanktuarium, ale szkoła serca. Miejsce dojrzewania: powołania, decyzji i odpowiedzialności. To tutaj człowiek zaczynał z pytaniem: „czy dam radę?”, wracał po latach z ciężarem i radością dojrzalszych wyborów, a dziś staje z innymi, by prowadzić ich w stronę Matki.
Maryja nie jest jedynie adresatką zawierzenia - kimś, komu powierzam swoje życie raz na początku i idę dalej. Ona jest Towarzyszką, która przypomina: „Jestem tutaj, zawsze możesz wrócić. Niezależnie od tego, na jakim etapie drogi jesteś - początku, przełomu czy końca - Ja trwam obok ciebie”.
Widzę, że moja własna droga wpisuje się w tę logikę: od ucznia, który dopiero zaczynał; przez kandydata do kapłaństwa, który dojrzewał do decyzji; aż po nauczyciela i przewodnika, który przyprowadza młodych do tego samego miejsca. To, co kiedyś było moją osobistą historią, dziś staje się mostem dla kolejnego pokolenia.
Właśnie w tym objawia się niezwykła rola Maryi. Ona jest pamięcią drogi. Nie tylko tej mojej, ale drogi całego Kościoła. Jej spojrzenie na obrazie w Kalwarii jest niezmienne, ale ilekroć wracam, widzę w nim coś nowego, bo nowe staje się moje serce.
Wracając do samego początku, to wierzę, że każdy człowiek ma w życiu takie miejsce, do którego wraca czasem po latach, czasem zupełnie niespodziewanie. Miejsce, które przypomina, skąd wyszedł i dokąd zmierza. Dla mnie jest nim Kalwaria Zebrzydowska. Ale przecież nie chodzi tylko o geograficzny punkt na mapie. „Kalwaria” może być każdą przestrzenią, gdzie serce uczy się zawierzać. Gdzie człowiek odkrywa, że nie idzie sam. I może właśnie w tym tkwi tajemnica Kalwarii, że człowiek wraca, a Matka zawsze czeka.
Ks. Adam Płonka