Puste lawki i pelne serce
Było cicho. Przerażająco cicho. Gdy jako kleryk stałem w prezbiterium swojego w Wielki Czwartek 2020 roku, patrzyłem na puste ławki. Kościół, który zawsze tego wieczoru pulsował życiem – szeptami, śpiewem, odgłosem przesuwanych w ławkach torebek – teraz milczał. W powietrzu unosił się zapach kadzidła i kropli płynących ze świec woskowych, ale brakowało czegoś, co zawsze czyniło to miejsce żywym: ludzi.
Wszystko było inne. Nie było tłumu przed wejściem, który zawsze pojawiał się w ostatniej chwili. Nie było tych kilku znajomych twarzy, które od lat patrzyły z tego samego miejsca, jakby mieli swoje wykupione bilety. Nie było dzieci, które zazwyczaj po cichu przemykały się w stronę zakrystii, by na koniec nabożeństwa dostać od księdza cukierka. A sam też do nich należałem.
A jednak – był On.
Tamto Triduum było jak pierwsza Pascha – ta sprzed tysięcy lat, w Egipcie. Ludzie zamknięci w domach, lęk na ulicach, niewidzialne zagrożenie krążące między nimi. W tamtą noc Izraelici jedli baranka w pośpiechu, gotowi do drogi. My, czując się jak w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości, odprawialiśmy Liturgię, nie wiedząc, co przyniesie jutro. Nie wiedząc absolutnie nic…
Wielki Czwartek – Eucharystia
To miał być wieczór świętowania. Msza Wieczerzy Pańskiej zawsze miała w sobie coś z domowej atmosfery – kapłani, którzy w tym dniu nieśli w sobie wdzięczność za dar kapłaństwa, ludzie patrzący na siebie z większą czułością, bo przecież Jezus tej nocy dał nam Eucharystię i uczył służby.
Ale tego wieczoru, w 2020 roku, liturgia nie była domem. Była bardziej jak puste mieszkanie, w którym gasną światła. Nie było mycia nóg, które zawsze przypominało, że kapłaństwo nie jest po to, by panować, ale by klękać przed drugim człowiekiem. Nie było uroczystej procesji do ciemnicy, tylko proste przeniesienie Najświętszego Sakramentu – jakbyśmy sami nie wiedzieli, co dalej.
Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, jak bardzo Eucharystia jest relacją. Że nie można jej przeżywać w samotności, bo sama z siebie jest zaproszeniem do wspólnoty. I że tak wielu ludzi tęskniło wtedy za Komunią Świętą, jak za bliską osobą, której nie mogli odwiedzić. Nie potrafiłem powstrzymać łez.
Dzisiaj, gdy patrzę na pełne kościoły w Wielki Czwartek, zastanawiam się, ilu z nas naprawdę przyszło tu z miłości, a ilu – z przyzwyczajenia. Czy jeszcze pamiętam, że Eucharystia jest darem, a nie obowiązkiem?
Wielki Piątek – cisza
Zawsze wydawało mi się, że Wielki Piątek jest dniem najtrudniejszym. Tego dnia Kościół nie celebruje Eucharystii. Ołtarz jest ogołocony, tabernakulum otwarte i puste. Przychodzimy na liturgię Męki Pańskiej i stajemy wobec czegoś, co nas przerasta: śmierci Boga.
Tamtego roku było to jeszcze bardziej namacalne. Brak ludzi, brak szmerów w ławkach, brak kolejki do adoracji Krzyża. Stałem z boku i patrzyłem, jak kapłani podchodzi, klękają i całują drewno, a we mnie coś pękało. Zamiast zasłony przybytku moje serce rozdzierało się na pół.
Bo w tej ciszy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, że Krzyż nie jest tylko historią. Że to nie są tylko wersety Ewangelii, które trzeba przeczytać. Że to nie tylko święte słowa, ale coś, co dotyka mnie osobiście.
Czy ja potrafię stanąć pod tym Krzyżem jak Maryja? Czy umiem spojrzeć w twarz Ukrzyżowanemu i powiedzieć Mu, że jestem? Czy może wolę odwracać wzrok, bo nie chcę konfrontacji z tym, ile naprawdę kosztuje miłość?
Kiedy widzę ludzi adorujących Krzyż, zastanawiam się, ilu z nas naprawdę w tym momencie oddaje Mu swoje życie, a ilu po prostu kłania się przed figurą.
Wielka Sobota – czekanie
Najbardziej według mnie niedoceniany dzień Triduum. Bo co się dzieje w Wielką Sobotę? Nic. Chrystus jest w grobie, a my mamy czekać.
Tego dnia kościół zazwyczaj się ożywia – przychodzą ludzie ze święconką, dzieci dźwigają koszyczki, robi się gwarno i radośnie. Ale w 2020 roku nie było tego. Była tylko cisza, która zmuszała do zadawania pytań.
I może o to chodzi. Może Wielka Sobota jest dniem, który ma nas nauczyć, że nie zawsze widzimy odpowiedź. Że czasem trzeba czekać, kiedy nie widzi się sensu. Że wiara to nie tylko wielkie emocje i wzruszenia, ale także ciemność, w której trzeba ufać, że Bóg naprawdę zwyciężył.
Patrzę teraz na ludzi przychodzących do kościoła w Wielką Sobotę, zastanawiam się, ilu z nas naprawdę przeżywa to jako czas oczekiwania, a ilu przychodzi tylko po to, by poświęcić jedzenie.
Wigilia Paschalna – światło
Tamtej nocy nie było ludzi, nie było wielkiego śpiewu, nie było setek świec rozpalających mrok. Było tylko kilka osób i On – Zmartwychwstały.
I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że On naprawdę nie potrzebuje tłumów, by zwyciężyć. Że Jego światło nie zależy od tego, ilu ludzi trzyma świece, ale od tego, czy ja pozwolę Mu rozświetlić moje serce.
A jak jest dzisiaj? Wigilia Paschalna - a ja widzę ludzi, którzy wstają, gdy kapłan ogłasza Zmartwychwstanie, ale zastanawiam się, ilu z nas naprawdę wstaje do nowego życia. Życia w świetle.
Dzisiaj, gdy znów przeżywam Triduum, wracają tamte puste ławki. Wraca pytanie, czy moje serce nie jest puste.
Więc patrzę na Eucharystię i próbuję dostrzec w niej dar, a nie obowiązek. Przychodzę do kościoła i pytam siebie, czy rzeczywiście wierzę, że Jezus jest w tym Chlebie. Staję pod Krzyżem i zastanawiam się, co bym powiedział Jezusowi, gdyby to było tam, wtedy, w Jerozolimie. Milknę w Wielką Sobotę i uczę się czekania, choć serce domaga się natychmiastowych odpowiedzi. Słyszę radosne „Alleluja” i próbuję pozwolić, by to Zmartwychwstanie naprawdę coś we mnie zmieniło.
Triduum Paschalne nie kończy się w kościele. Ono zaczyna się we mnie. I choć tamte puste ławki sprzed lat już (daj Bóg) nie wrócą, to pytanie pozostaje to samo: czy moje serce jest pełne Paschy? A Twoje serce – czy jest w nim Pascha?
Ks. Adam Płonka
Wszystko było inne. Nie było tłumu przed wejściem, który zawsze pojawiał się w ostatniej chwili. Nie było tych kilku znajomych twarzy, które od lat patrzyły z tego samego miejsca, jakby mieli swoje wykupione bilety. Nie było dzieci, które zazwyczaj po cichu przemykały się w stronę zakrystii, by na koniec nabożeństwa dostać od księdza cukierka. A sam też do nich należałem.
A jednak – był On.
Tamto Triduum było jak pierwsza Pascha – ta sprzed tysięcy lat, w Egipcie. Ludzie zamknięci w domach, lęk na ulicach, niewidzialne zagrożenie krążące między nimi. W tamtą noc Izraelici jedli baranka w pośpiechu, gotowi do drogi. My, czując się jak w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości, odprawialiśmy Liturgię, nie wiedząc, co przyniesie jutro. Nie wiedząc absolutnie nic…
Wielki Czwartek – Eucharystia
To miał być wieczór świętowania. Msza Wieczerzy Pańskiej zawsze miała w sobie coś z domowej atmosfery – kapłani, którzy w tym dniu nieśli w sobie wdzięczność za dar kapłaństwa, ludzie patrzący na siebie z większą czułością, bo przecież Jezus tej nocy dał nam Eucharystię i uczył służby.
Ale tego wieczoru, w 2020 roku, liturgia nie była domem. Była bardziej jak puste mieszkanie, w którym gasną światła. Nie było mycia nóg, które zawsze przypominało, że kapłaństwo nie jest po to, by panować, ale by klękać przed drugim człowiekiem. Nie było uroczystej procesji do ciemnicy, tylko proste przeniesienie Najświętszego Sakramentu – jakbyśmy sami nie wiedzieli, co dalej.
Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, jak bardzo Eucharystia jest relacją. Że nie można jej przeżywać w samotności, bo sama z siebie jest zaproszeniem do wspólnoty. I że tak wielu ludzi tęskniło wtedy za Komunią Świętą, jak za bliską osobą, której nie mogli odwiedzić. Nie potrafiłem powstrzymać łez.
Dzisiaj, gdy patrzę na pełne kościoły w Wielki Czwartek, zastanawiam się, ilu z nas naprawdę przyszło tu z miłości, a ilu – z przyzwyczajenia. Czy jeszcze pamiętam, że Eucharystia jest darem, a nie obowiązkiem?
Wielki Piątek – cisza
Zawsze wydawało mi się, że Wielki Piątek jest dniem najtrudniejszym. Tego dnia Kościół nie celebruje Eucharystii. Ołtarz jest ogołocony, tabernakulum otwarte i puste. Przychodzimy na liturgię Męki Pańskiej i stajemy wobec czegoś, co nas przerasta: śmierci Boga.
Tamtego roku było to jeszcze bardziej namacalne. Brak ludzi, brak szmerów w ławkach, brak kolejki do adoracji Krzyża. Stałem z boku i patrzyłem, jak kapłani podchodzi, klękają i całują drewno, a we mnie coś pękało. Zamiast zasłony przybytku moje serce rozdzierało się na pół.
Bo w tej ciszy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, że Krzyż nie jest tylko historią. Że to nie są tylko wersety Ewangelii, które trzeba przeczytać. Że to nie tylko święte słowa, ale coś, co dotyka mnie osobiście.
Czy ja potrafię stanąć pod tym Krzyżem jak Maryja? Czy umiem spojrzeć w twarz Ukrzyżowanemu i powiedzieć Mu, że jestem? Czy może wolę odwracać wzrok, bo nie chcę konfrontacji z tym, ile naprawdę kosztuje miłość?
Kiedy widzę ludzi adorujących Krzyż, zastanawiam się, ilu z nas naprawdę w tym momencie oddaje Mu swoje życie, a ilu po prostu kłania się przed figurą.
Wielka Sobota – czekanie
Najbardziej według mnie niedoceniany dzień Triduum. Bo co się dzieje w Wielką Sobotę? Nic. Chrystus jest w grobie, a my mamy czekać.
Tego dnia kościół zazwyczaj się ożywia – przychodzą ludzie ze święconką, dzieci dźwigają koszyczki, robi się gwarno i radośnie. Ale w 2020 roku nie było tego. Była tylko cisza, która zmuszała do zadawania pytań.
I może o to chodzi. Może Wielka Sobota jest dniem, który ma nas nauczyć, że nie zawsze widzimy odpowiedź. Że czasem trzeba czekać, kiedy nie widzi się sensu. Że wiara to nie tylko wielkie emocje i wzruszenia, ale także ciemność, w której trzeba ufać, że Bóg naprawdę zwyciężył.
Patrzę teraz na ludzi przychodzących do kościoła w Wielką Sobotę, zastanawiam się, ilu z nas naprawdę przeżywa to jako czas oczekiwania, a ilu przychodzi tylko po to, by poświęcić jedzenie.
Wigilia Paschalna – światło
Tamtej nocy nie było ludzi, nie było wielkiego śpiewu, nie było setek świec rozpalających mrok. Było tylko kilka osób i On – Zmartwychwstały.
I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że On naprawdę nie potrzebuje tłumów, by zwyciężyć. Że Jego światło nie zależy od tego, ilu ludzi trzyma świece, ale od tego, czy ja pozwolę Mu rozświetlić moje serce.
A jak jest dzisiaj? Wigilia Paschalna - a ja widzę ludzi, którzy wstają, gdy kapłan ogłasza Zmartwychwstanie, ale zastanawiam się, ilu z nas naprawdę wstaje do nowego życia. Życia w świetle.
Dzisiaj, gdy znów przeżywam Triduum, wracają tamte puste ławki. Wraca pytanie, czy moje serce nie jest puste.
Więc patrzę na Eucharystię i próbuję dostrzec w niej dar, a nie obowiązek. Przychodzę do kościoła i pytam siebie, czy rzeczywiście wierzę, że Jezus jest w tym Chlebie. Staję pod Krzyżem i zastanawiam się, co bym powiedział Jezusowi, gdyby to było tam, wtedy, w Jerozolimie. Milknę w Wielką Sobotę i uczę się czekania, choć serce domaga się natychmiastowych odpowiedzi. Słyszę radosne „Alleluja” i próbuję pozwolić, by to Zmartwychwstanie naprawdę coś we mnie zmieniło.
Triduum Paschalne nie kończy się w kościele. Ono zaczyna się we mnie. I choć tamte puste ławki sprzed lat już (daj Bóg) nie wrócą, to pytanie pozostaje to samo: czy moje serce jest pełne Paschy? A Twoje serce – czy jest w nim Pascha?
Ks. Adam Płonka