Pusty tabernakulum, pelne serca
Kiedy wyruszałem na pielgrzymkę w tym roku, czułem się inaczej niż zwykle. To był mój piąty raz w drodze na Jasną Górę, ale pierwszy raz w roli przewodnika duchowego. Miałem na plecach doświadczenie poprzednich pielgrzymek, a w sercu coś między ekscytacją a lekkim drżeniem. Widziałem przez lata wielu przewodników jedni z humorem, inni z ogromną powagą, wszyscy w jakiś sposób byli dla mnie autorytetem. Teraz nagle sam znalazłem się w tej roli. Zrozumiałem, że już nie mogę po prostu „iść”. Teraz mam być tym, który prowadzi.
To poczucie odpowiedzialności było ogromne. Grupa czwarta - czyli ta młodzieżowa, pełna energii, no i oczywiście śmiechu - potrzebowała nie tylko organizatora, ale przede wszystkim kogoś, kto pomoże im przeżywać tę drogę z wiarą. Patronowała nam błogosławiona rodzina Ulmów, świadkowie odwagi i poświęcenia. Ich historia była dla mnie inspiracją: wierność do końca, nawet jeśli trzeba zapłacić najwyższą cenę. Myślałem sobie: czy ja potrafię tak wiernie prowadzić moją grupkę?
Pierwsze kroki z Bielska były dla mnie momentem szczególnym. Widziałem plecaki, chusty, słyszałem gwar młodzieży, a w sercu pytałem Boga: „Czy dam radę? Czy sprostam temu zadaniu?”. Odpowiedź przyszła szybko: nie jestem sam. Tak jak Maryja prowadzi nas wszystkich do Jezusa, tak ja mam być tylko jednym z narzędzi.
Droga to nie tylko kilometry do przejścia. To tysiące małych scen, które zostają w pamięci. Upał lejący się z nieba i kapelusze, które ledwo chronią przed słońcem ( w tej edycji bez ,,żabki” na głowie). Plecaki, które rano wydają się lekkie, a po kilku godzinach marszu ciążą jak kamienie. Odciski, które pojawiają się szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał i butelki wody podawane sobie nawzajem jak najcenniejszy dar. Pielgrzymka uczy, że kromka chleba czy łyk herbaty może smakować lepiej niż najbardziej wykwintna kolacja.
Ale pielgrzymka to także śpiew. Pieśni, które niosą się przez pola i wioski, które słyszą przechodnie, kierowcy, dzieci machające ręką spod płotu. To właśnie wtedy czuje się, że idziemy nie sami, ale jako Kościół w drodze. Były chwile, gdy jeden muzyczny potrafił podnieść na duchu całą grupę, gdy zmęczenie odbierało siły. Były też momenty ciszy - takie, gdy każdy szedł w swoich myślach, krok za krokiem, i tylko stukot butów odbijał się od asfaltu. Podczas jednego z odcinków zorganizowaliśmy w tym roku odcinek kontaktu. Przez głośników leciała muzyka a my mieliśmy za zadanie chwytać kontakt z drugim człowiekiem. Czas gdzie rozmowa była motywem przewodnim. Zdecydowanie więcej tego trzeba w przyszłym roku! Ta pielgrzymka obfitowała w dużą ilość niezwykłych wydarzeń.
Jednym z najbardziej poruszających wydarzeń całej drogi była Eucharystia w Chruszczobrodzie. To tam z ks. Marcinem modliliśmy się szczególnie za ojczyznę. Kościół był pełen pielgrzymów - zmęczonych, ale przede wszystkim spragnionych spotkania z Panem. Kiedy przyszła chwila Komunii Świętej, zobaczyłem coś, co uderzyło mnie prosto w serce. Nie zapomnę tego nigdy. Tylu ludzi chciało przyjąć Jezusa, że w tabernakulum nie została ani jedna Hostia. Do takiego stopnia, że łamaliśmy hostię na kilka części, żeby dla każdego wystarczyło.
Pusty tabernakulum… dla wielu mógłby być powodem niepokoju, a dla mnie stał się najpiękniejszym obrazem Kościoła. Bo przecież Pan Jezus nie chce zostać w złotej puszce zamknięty na klucz. On chce być obecny w nas, żywy i bliski. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi. Na młodych i starszych, którzy wychodzili od ołtarza, niosąc w sobie żywego Chrystusa, i pomyślałem, że właśnie to jest właśnie sens pielgrzymki. Nie po to idziemy, żeby coś zostawić w murach świątyni, ale żeby zabrać Boga ze sobą. W sercu, w spojrzeniu, w słowach i gestach. Całego.
Tamten obraz pustego tabernakulum był wymownym znakiem. Kościół zewnętrznie pusty, ale wewnętrznie pełny, pełny Jezusa obecnego w ludziach. Kiedy później wychodziliśmy z Chruszczobrodu, miałem głębokie przekonanie, że to nie my niesiemy Boga, ale to On niesie nas.
Kolejnym z wyjątkowych w tym roku doświadczeń całej pielgrzymki był nocleg w Nieradzie. Oj nie zapomnę go na długo. To była ostatnia noc przed wejściem na Jasną Górę, więc emocje już sięgały zenitu. Zamiast szkolnych sal czy hal sportowych, tym razem miejscem naszego odpoczynku stał się… kościół i teren przy kościele.
Trudno zapomnieć ten widok. Świątynia, która na co dzień bywa pełna modlitwy i śpiewu, tego wieczoru zamieniła się w wielką sypialnię. Dosłownie. Gdzie tylko było miejsce: w nawach, przy filarach, pod chórem, na chórze a nawet u stóp ołtarza rozłożone były materace, karimaty i śpiwory. Kiedy gasły światła, a rozgadani jeszcze przed chwilą pątnicy układali się do snu, panowała atmosfera niezwykła - mieszanina pielgrzymkowego zmęczenia i sacrum. To było coś więcej niż nocleg, to była żywa ikona Kościoła, który naprawdę jest domem. Miejscem, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce, nawet gdy jest zwyczajnie zmęczony i potrzebuje tylko snu.
Ten nocleg był dla mnie bardzo symboliczny. Tak jakby Bóg chciał powiedzieć: „To jest mój dom, i chcę, byście czuli się w nim jak u siebie”. I faktycznie, tak właśnie było.
Wejście na Jasną Górę to zawsze moment, którego nie da się opisać jednym zdaniem. Choć szedłem tą drogą już kilka razy, w tym roku przeżywałem wszystko inaczej. Widok wieży jasnogórskiego klasztoru na horyzoncie sprawił, że serce biło szybciej. Z każdym krokiem rósł śpiew, a zmęczenie jakby znikało, a nogi, które jeszcze godzinę wcześniej w lesie bolały przy każdym ruchu, nagle odzyskały siłę.
Atmosfera w grupie była niezwykła. Młodzi śpiewali, niektórzy płakali, inni uśmiechali się szeroko. Każdy niósł w sercu własne intencje: sprawy rodzinne, prośby, dziękczynienia. Był chłopak, który przez całą pielgrzymkę walczył z odciskami, uśmiechał się szerzej niż ktokolwiek inny, albo dziewczyna, która szła ze łzami w oczach – nie ze zmęczenia, ale z wzruszenia, że dotarła. A całą drogę mówiła ,,nie dam rady, nie dojdę”.
Gdy przekraczaliśmy aleje, a potem wchodziliśmy pod sam klasztor, czułem ogromną wdzięczność. To, że udało nam się przejść 150 kilometrów, że nikt nie został w tyle, że mogliśmy wejść razem, było dla mnie dowodem, że Bóg naprawdę prowadził każdy nasz krok.
Dla mnie, jako przewodnika duchowego, wejście na Jasną Górę miało jeszcze inny wymiar. Pomyślałem wtedy, że przez całą drogę to nie ja prowadziłem młodych, ale w rzeczywistości to oni prowadzili mnie - swoim entuzjazmem, wiarą, prostotą. To oni przypominali mi, że pielgrzymka nie kończy się na murach klasztoru, ale że jej owoce trzeba zanieść w codzienność.
Kiedy opadły emocje i ucichły śpiewy, zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę ta pielgrzymka dla mnie znaczyła. Dla wielu to po prostu droga - 150 kilometrów z Bielska do Częstochowy, które trzeba przejść na nogach. Ale ja coraz mocniej widzę, że to coś więcej niż tylko marsz od punktu A do punktu B. To jakby obraz samego życia.
W drodze uczysz się cierpliwości, prostoty, radości z drobiazgów. Odkrywasz, jak ważne jest podzielenie się kromką chleba, uśmiechem czy butelką wody. Uczysz się też ciszy, tej prawdziwej, w której wreszcie można usłyszeć siebie i Boga. Pielgrzymka to po prostu szkoła serca, a nauczycielem jest sam Chrystus.
Patrząc na moją grupę - młodzież, której patronowała błogosławiona rodzina Ulmów - widziałem coś niezwykłego. Widziałem, że oni naprawdę potrafią wierzyć i ufać. Potrafią z radością modlić się, śpiewać i tańczyć, ale też trwać w ciszy. Ich entuzjazm i wiara były dla mnie świadectwem. To oni uczyli mnie, że Kościół naprawdę jest żywy i młody.
Pielgrzymka pokazuje, że wiara nie jest teorią. Wiara to krok za krokiem stawiany z ufnością. To trzymanie się razem, kiedy boli, i świętowanie razem, kiedy przychodzi radość. To obraz Kościoła, który idzie. Czasem zmęczony, czasem uśmiechnięty, ale zawsze razem. Dla mnie osobiście tegoroczna pielgrzymka była lekcją odpowiedzialności. Jako przewodnik duchowy nie byłem tym, który „wie wszystko” i „prowadzi sam”. Byłem raczej jednym z wielu, którzy idą. Moją rolą było słuchać, podtrzymywać, cieszyć się razem i czasem po prostu milczeć obok. I w tym odkryłem, że przewodnik nie jest ponad grupą, jest w środku, razem z nią.
Kiedy wracam myślą do pustego tabernakulum w Chruszczobrodzie, do świątyni pełnej śpiących ludzi w Nieradzie, do łez i śpiewu przy wejściu na Jasną Górę widzę, że Bóg dał nam znaki, które zostaną ze mną na długo. Bo pielgrzymka nie kończy się wraz z ostatnim etapem. Ona zaczyna się od nowa - w codzienności, w pracy, w parafii, w szkole, w rodzinie. I właśnie dlatego wiem, że warto było iść. Bo nie chodzi tylko o to, by zobaczyć Jasną Górę. Chodzi o to, by spotkać Boga i pozwolić, by prowadził nas dalej. Ciekawe co przyniesie kolejny rok…
Ks. Adam Płonka
To poczucie odpowiedzialności było ogromne. Grupa czwarta - czyli ta młodzieżowa, pełna energii, no i oczywiście śmiechu - potrzebowała nie tylko organizatora, ale przede wszystkim kogoś, kto pomoże im przeżywać tę drogę z wiarą. Patronowała nam błogosławiona rodzina Ulmów, świadkowie odwagi i poświęcenia. Ich historia była dla mnie inspiracją: wierność do końca, nawet jeśli trzeba zapłacić najwyższą cenę. Myślałem sobie: czy ja potrafię tak wiernie prowadzić moją grupkę?
Pierwsze kroki z Bielska były dla mnie momentem szczególnym. Widziałem plecaki, chusty, słyszałem gwar młodzieży, a w sercu pytałem Boga: „Czy dam radę? Czy sprostam temu zadaniu?”. Odpowiedź przyszła szybko: nie jestem sam. Tak jak Maryja prowadzi nas wszystkich do Jezusa, tak ja mam być tylko jednym z narzędzi.
Droga to nie tylko kilometry do przejścia. To tysiące małych scen, które zostają w pamięci. Upał lejący się z nieba i kapelusze, które ledwo chronią przed słońcem ( w tej edycji bez ,,żabki” na głowie). Plecaki, które rano wydają się lekkie, a po kilku godzinach marszu ciążą jak kamienie. Odciski, które pojawiają się szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał i butelki wody podawane sobie nawzajem jak najcenniejszy dar. Pielgrzymka uczy, że kromka chleba czy łyk herbaty może smakować lepiej niż najbardziej wykwintna kolacja.
Ale pielgrzymka to także śpiew. Pieśni, które niosą się przez pola i wioski, które słyszą przechodnie, kierowcy, dzieci machające ręką spod płotu. To właśnie wtedy czuje się, że idziemy nie sami, ale jako Kościół w drodze. Były chwile, gdy jeden muzyczny potrafił podnieść na duchu całą grupę, gdy zmęczenie odbierało siły. Były też momenty ciszy - takie, gdy każdy szedł w swoich myślach, krok za krokiem, i tylko stukot butów odbijał się od asfaltu. Podczas jednego z odcinków zorganizowaliśmy w tym roku odcinek kontaktu. Przez głośników leciała muzyka a my mieliśmy za zadanie chwytać kontakt z drugim człowiekiem. Czas gdzie rozmowa była motywem przewodnim. Zdecydowanie więcej tego trzeba w przyszłym roku! Ta pielgrzymka obfitowała w dużą ilość niezwykłych wydarzeń.
Jednym z najbardziej poruszających wydarzeń całej drogi była Eucharystia w Chruszczobrodzie. To tam z ks. Marcinem modliliśmy się szczególnie za ojczyznę. Kościół był pełen pielgrzymów - zmęczonych, ale przede wszystkim spragnionych spotkania z Panem. Kiedy przyszła chwila Komunii Świętej, zobaczyłem coś, co uderzyło mnie prosto w serce. Nie zapomnę tego nigdy. Tylu ludzi chciało przyjąć Jezusa, że w tabernakulum nie została ani jedna Hostia. Do takiego stopnia, że łamaliśmy hostię na kilka części, żeby dla każdego wystarczyło.
Pusty tabernakulum… dla wielu mógłby być powodem niepokoju, a dla mnie stał się najpiękniejszym obrazem Kościoła. Bo przecież Pan Jezus nie chce zostać w złotej puszce zamknięty na klucz. On chce być obecny w nas, żywy i bliski. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi. Na młodych i starszych, którzy wychodzili od ołtarza, niosąc w sobie żywego Chrystusa, i pomyślałem, że właśnie to jest właśnie sens pielgrzymki. Nie po to idziemy, żeby coś zostawić w murach świątyni, ale żeby zabrać Boga ze sobą. W sercu, w spojrzeniu, w słowach i gestach. Całego.
Tamten obraz pustego tabernakulum był wymownym znakiem. Kościół zewnętrznie pusty, ale wewnętrznie pełny, pełny Jezusa obecnego w ludziach. Kiedy później wychodziliśmy z Chruszczobrodu, miałem głębokie przekonanie, że to nie my niesiemy Boga, ale to On niesie nas.
Kolejnym z wyjątkowych w tym roku doświadczeń całej pielgrzymki był nocleg w Nieradzie. Oj nie zapomnę go na długo. To była ostatnia noc przed wejściem na Jasną Górę, więc emocje już sięgały zenitu. Zamiast szkolnych sal czy hal sportowych, tym razem miejscem naszego odpoczynku stał się… kościół i teren przy kościele.
Trudno zapomnieć ten widok. Świątynia, która na co dzień bywa pełna modlitwy i śpiewu, tego wieczoru zamieniła się w wielką sypialnię. Dosłownie. Gdzie tylko było miejsce: w nawach, przy filarach, pod chórem, na chórze a nawet u stóp ołtarza rozłożone były materace, karimaty i śpiwory. Kiedy gasły światła, a rozgadani jeszcze przed chwilą pątnicy układali się do snu, panowała atmosfera niezwykła - mieszanina pielgrzymkowego zmęczenia i sacrum. To było coś więcej niż nocleg, to była żywa ikona Kościoła, który naprawdę jest domem. Miejscem, gdzie każdy znajdzie swoje miejsce, nawet gdy jest zwyczajnie zmęczony i potrzebuje tylko snu.
Ten nocleg był dla mnie bardzo symboliczny. Tak jakby Bóg chciał powiedzieć: „To jest mój dom, i chcę, byście czuli się w nim jak u siebie”. I faktycznie, tak właśnie było.
Wejście na Jasną Górę to zawsze moment, którego nie da się opisać jednym zdaniem. Choć szedłem tą drogą już kilka razy, w tym roku przeżywałem wszystko inaczej. Widok wieży jasnogórskiego klasztoru na horyzoncie sprawił, że serce biło szybciej. Z każdym krokiem rósł śpiew, a zmęczenie jakby znikało, a nogi, które jeszcze godzinę wcześniej w lesie bolały przy każdym ruchu, nagle odzyskały siłę.
Atmosfera w grupie była niezwykła. Młodzi śpiewali, niektórzy płakali, inni uśmiechali się szeroko. Każdy niósł w sercu własne intencje: sprawy rodzinne, prośby, dziękczynienia. Był chłopak, który przez całą pielgrzymkę walczył z odciskami, uśmiechał się szerzej niż ktokolwiek inny, albo dziewczyna, która szła ze łzami w oczach – nie ze zmęczenia, ale z wzruszenia, że dotarła. A całą drogę mówiła ,,nie dam rady, nie dojdę”.
Gdy przekraczaliśmy aleje, a potem wchodziliśmy pod sam klasztor, czułem ogromną wdzięczność. To, że udało nam się przejść 150 kilometrów, że nikt nie został w tyle, że mogliśmy wejść razem, było dla mnie dowodem, że Bóg naprawdę prowadził każdy nasz krok.
Dla mnie, jako przewodnika duchowego, wejście na Jasną Górę miało jeszcze inny wymiar. Pomyślałem wtedy, że przez całą drogę to nie ja prowadziłem młodych, ale w rzeczywistości to oni prowadzili mnie - swoim entuzjazmem, wiarą, prostotą. To oni przypominali mi, że pielgrzymka nie kończy się na murach klasztoru, ale że jej owoce trzeba zanieść w codzienność.
Kiedy opadły emocje i ucichły śpiewy, zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę ta pielgrzymka dla mnie znaczyła. Dla wielu to po prostu droga - 150 kilometrów z Bielska do Częstochowy, które trzeba przejść na nogach. Ale ja coraz mocniej widzę, że to coś więcej niż tylko marsz od punktu A do punktu B. To jakby obraz samego życia.
W drodze uczysz się cierpliwości, prostoty, radości z drobiazgów. Odkrywasz, jak ważne jest podzielenie się kromką chleba, uśmiechem czy butelką wody. Uczysz się też ciszy, tej prawdziwej, w której wreszcie można usłyszeć siebie i Boga. Pielgrzymka to po prostu szkoła serca, a nauczycielem jest sam Chrystus.
Patrząc na moją grupę - młodzież, której patronowała błogosławiona rodzina Ulmów - widziałem coś niezwykłego. Widziałem, że oni naprawdę potrafią wierzyć i ufać. Potrafią z radością modlić się, śpiewać i tańczyć, ale też trwać w ciszy. Ich entuzjazm i wiara były dla mnie świadectwem. To oni uczyli mnie, że Kościół naprawdę jest żywy i młody.
Pielgrzymka pokazuje, że wiara nie jest teorią. Wiara to krok za krokiem stawiany z ufnością. To trzymanie się razem, kiedy boli, i świętowanie razem, kiedy przychodzi radość. To obraz Kościoła, który idzie. Czasem zmęczony, czasem uśmiechnięty, ale zawsze razem. Dla mnie osobiście tegoroczna pielgrzymka była lekcją odpowiedzialności. Jako przewodnik duchowy nie byłem tym, który „wie wszystko” i „prowadzi sam”. Byłem raczej jednym z wielu, którzy idą. Moją rolą było słuchać, podtrzymywać, cieszyć się razem i czasem po prostu milczeć obok. I w tym odkryłem, że przewodnik nie jest ponad grupą, jest w środku, razem z nią.
Kiedy wracam myślą do pustego tabernakulum w Chruszczobrodzie, do świątyni pełnej śpiących ludzi w Nieradzie, do łez i śpiewu przy wejściu na Jasną Górę widzę, że Bóg dał nam znaki, które zostaną ze mną na długo. Bo pielgrzymka nie kończy się wraz z ostatnim etapem. Ona zaczyna się od nowa - w codzienności, w pracy, w parafii, w szkole, w rodzinie. I właśnie dlatego wiem, że warto było iść. Bo nie chodzi tylko o to, by zobaczyć Jasną Górę. Chodzi o to, by spotkać Boga i pozwolić, by prowadził nas dalej. Ciekawe co przyniesie kolejny rok…
Ks. Adam Płonka