"Skupiam sie na tym, co mam do zrobienia"
Rozmowa z Kacprem Tomaszkiem, trzykrotnym medalistą olimpijskim w skokach narciarskich
Rozmawiał ks. Adam Płonka
Rozmawiał ks. Adam Płonka
Kacper Tomaszek to jeden z największych talentów polskich skoków narciarskich ostatnich lat. Urodzony w 2007 roku zawodnik LKS Klimczok Bystra pierwsze kroki na skoczni stawiał jako sześciolatek. Wychowanek bielskiego środowiska, dziś student łączący naukę z intensywnym treningiem. Na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Predazzo 2026, w wieku zaledwie 19 lat, zdobył trzy medale: dwa srebrne i jeden brązowy - na skoczni normalnej i dużej. Tę rozmowę przeprowadziłem przy okazji spotkania z ministrantami i lektorami parafii, w której Kacper przez wiele lat służył przy ołtarzu.
Na belce:
Ks. A.P.: Kacper, minęło już trochę czasu od igrzysk. Czy dotarło już do ciebie, że jesteś trzykrotnym medalistą olimpijskim?
K.T.: Szczerze? Chyba jeszcze nie do końca. Podchodzę do tego wszystkiego dość normalnie. Myślę, że ten widok tylu ludzi zebranych tutaj trochę pokazuje, co się tak naprawdę wydarzyło. Ale głęboko to do mnie jeszcze nie dotarło.
Ks. A.P.: A co jest dla ciebie większym stresem: sam skok czy występowanie potem przed taką ilością osób?
K.T.: W trakcie skakania w ogóle nie myślę o tym, co będzie po zawodach. Skupiam się wyłącznie na tym, co mam do zrobienia na tej konkretnej skoczni. Trener zawsze daje jakieś uwagi i na tym się koncentruję. Na takich spotkaniach bywa różnie, ale jakoś daję radę.
Ks. A.P.: Droga na olimpijskie podium z pewnością nie była prosta. Co napędza cię do pracy?
K.T.: Nigdy nie skupiałem się na dalekiej przyszłości. Pracowałem nad tym, co mam do zrobienia teraz - tu i teraz. Na początku nie myślałem, co będzie w lutym ani w marcu. Myślałem o tym, co mam przed sobą dziś. Myślę, że właśnie to pozwoliło mi się rozwijać.
Ks. A.P.: Jak wygląda codzienny dzień skoczka podczas zgrupowania?
K.T.: Jak najdłużej śpię i słuchajcie tego bardzo uważnie! Zazwyczaj jest trening rano, a jeśli jestem na zgrupowaniu to jeszcze jeden po południu. Pomiędzy odpoczywam. I czasem trzeba się wyrwać na różne spotkania, takie jak to tutaj.
Ks. A.P.: A jak wygląda praca wiosną i latem, gdy śniegu nie ma?
K.T.: Połowę kwietnia mamy zwykle wolną. Potem wracamy do treningów ogólnorozwojowych poza skocznią. W połowie maja wychodzimy już na igielit. Letnie i jesienne zawody traktujemy raczej treningowo. Najważniejszy jest sezon zimowy i do niego wszystko jest podporządkowane.
K.T.: Szczerze? Chyba jeszcze nie do końca. Podchodzę do tego wszystkiego dość normalnie. Myślę, że ten widok tylu ludzi zebranych tutaj trochę pokazuje, co się tak naprawdę wydarzyło. Ale głęboko to do mnie jeszcze nie dotarło.
Ks. A.P.: A co jest dla ciebie większym stresem: sam skok czy występowanie potem przed taką ilością osób?
K.T.: W trakcie skakania w ogóle nie myślę o tym, co będzie po zawodach. Skupiam się wyłącznie na tym, co mam do zrobienia na tej konkretnej skoczni. Trener zawsze daje jakieś uwagi i na tym się koncentruję. Na takich spotkaniach bywa różnie, ale jakoś daję radę.
Ks. A.P.: Droga na olimpijskie podium z pewnością nie była prosta. Co napędza cię do pracy?
K.T.: Nigdy nie skupiałem się na dalekiej przyszłości. Pracowałem nad tym, co mam do zrobienia teraz - tu i teraz. Na początku nie myślałem, co będzie w lutym ani w marcu. Myślałem o tym, co mam przed sobą dziś. Myślę, że właśnie to pozwoliło mi się rozwijać.
Ks. A.P.: Jak wygląda codzienny dzień skoczka podczas zgrupowania?
K.T.: Jak najdłużej śpię i słuchajcie tego bardzo uważnie! Zazwyczaj jest trening rano, a jeśli jestem na zgrupowaniu to jeszcze jeden po południu. Pomiędzy odpoczywam. I czasem trzeba się wyrwać na różne spotkania, takie jak to tutaj.
Ks. A.P.: A jak wygląda praca wiosną i latem, gdy śniegu nie ma?
K.T.: Połowę kwietnia mamy zwykle wolną. Potem wracamy do treningów ogólnorozwojowych poza skocznią. W połowie maja wychodzimy już na igielit. Letnie i jesienne zawody traktujemy raczej treningowo. Najważniejszy jest sezon zimowy i do niego wszystko jest podporządkowane.
Trzy medale, jedna olimpiada:
Ks. A.P.: Co czułeś, gdy usłyszałeś, że zostałeś medalistą igrzysk olimpijskich?
K.T.: Szczerze mówiąc, nie wiem dokładnie, co wtedy myślałem. Starałem się skupić na samych skokach. A potem wszystko się zlało w jedno: zmęczenie, euforia, niedowierzanie. Wywiady, gratulacje, rozmowy i człowiek jest już po prostu zmęczony, choć bardzo szczęśliwy.
Ks. A.P.: Jak zareagowała rodzina?
K.T.: Na pewno się cieszyli. Widziałem ich dopiero po chwili, więc nie byłem świadkiem ich pierwszej reakcji. Ale nie dowierzali w takim bardzo pozytywnym znaczeniu.
Ks. A.P.: Czy Kacper Tomasiak nadal żyje normalnie? Nie stoją paparazzi pod twoim domem?
K.T.: Na szczęście nie. W domu jest spokojnie i raczej podobnie jak wcześniej. Prosta, normalna, rodzinna atmosfera.
Ks. A.P.: Uderza mnie twoja skromność, zupełnie nieproporcjonalna do skali sukcesu. Skąd się to bierze?
K.T.: Po prostu nie przejmuję się nadmiernie różnymi rzeczami ani negatywnymi, ani pozytywnymi. Staram się zachowywać normalnie. I chyba to właśnie ludzie wokół dostrzegają.
K.T.: Szczerze mówiąc, nie wiem dokładnie, co wtedy myślałem. Starałem się skupić na samych skokach. A potem wszystko się zlało w jedno: zmęczenie, euforia, niedowierzanie. Wywiady, gratulacje, rozmowy i człowiek jest już po prostu zmęczony, choć bardzo szczęśliwy.
Ks. A.P.: Jak zareagowała rodzina?
K.T.: Na pewno się cieszyli. Widziałem ich dopiero po chwili, więc nie byłem świadkiem ich pierwszej reakcji. Ale nie dowierzali w takim bardzo pozytywnym znaczeniu.
Ks. A.P.: Czy Kacper Tomasiak nadal żyje normalnie? Nie stoją paparazzi pod twoim domem?
K.T.: Na szczęście nie. W domu jest spokojnie i raczej podobnie jak wcześniej. Prosta, normalna, rodzinna atmosfera.
Ks. A.P.: Uderza mnie twoja skromność, zupełnie nieproporcjonalna do skali sukcesu. Skąd się to bierze?
K.T.: Po prostu nie przejmuję się nadmiernie różnymi rzeczami ani negatywnymi, ani pozytywnymi. Staram się zachowywać normalnie. I chyba to właśnie ludzie wokół dostrzegają.
Ministrant, który skacze:
Ks. A.P.: Byłeś ministrantem przez wiele lat i uprzedzam, że będziemy się trzymać tego, że ministrant to na całe życie. Czy formacja ministrancka miała wpływ na to, kim jesteś jako człowiek i sportowiec?
K.T.: Wcześniej nie zastanawiałem się nad tym zbyt często, ale myślę, że na pewno utrwaliło to wiarę i pomogło być bliżej Boga. Przy koncentracji przed zawodami, przy podejściu do trudności. To gdzieś z tyłu głowy jest i pomaga.
Ks. A.P.: Kluczowe pytanie, które wszystkich tu interesuje: jaka była twoja ulubiona funkcja liturgiczna?
K.T.: Kadzidło. Zdecydowanie.
Ks. A.P.: Czyli turyferariusz! Najbardziej prominentna funkcja! Ministranci, weźcie sobie do serca i zapraszam na nabożeństwa majowe, gdzie możecie poćwiczyć.
Ks. A.P.: Podobno po zdobyciu medali uczestniczyłeś we Mszy Świętej. Skąd ten pomysł?
K.T.: To zaproponował kapelan sportowców. Mówił, że wcześniej wielu zawodników tak robiło. Cieszę się, że to zrobiliśmy. Podczas Mszy można było odpocząć od całego zgiełku towarzyszącego zawodom. Na pewno pomogło.
Ks. A.P.: Zawsze, gdy cię oglądam, widzę znak krzyża przed skokiem. Co kryje się za tym gestem?
K.T.: Myślę wtedy o tym, żeby wszystko się ułożyło. Nie tylko wynik. Po prostu żeby skok był dobry, żeby było bezpiecznie, żeby trochę szczęścia dopisało. Całość. Żeby to wszystko po prostu się tak… ułożyło.
Ks. A.P.: Co powiedziałbyś ministrantom patrzącym na ciebie: jak łączyć wiarę i pasję?
K.T.: Wiara pomaga w trudnych momentach. Kiedy brakuje motywacji, gdy coś nie idzie to można w niej znaleźć oparcie. Pozwala podchodzić do wszystkiego pozytywnie i cieszyć się tym, co się robi, mimo trudności. Myślę, że dla kogoś z pasją wiara nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, daje siłę.
Ks. A.P.: Czy łączy się to jakoś z tym, że jesteś też studentem? Normalne życie akademickie chyba trudne do pogodzenia ze skokami?
K.T.: Ogólnie dla sportowców jest takie wsparcie, że dużo spraw można załatwić online. Obecność na uczelni bywa bardzo różna. Życia studenckiego w pełnym sensie raczej się nie zaznaje.
K.T.: Wcześniej nie zastanawiałem się nad tym zbyt często, ale myślę, że na pewno utrwaliło to wiarę i pomogło być bliżej Boga. Przy koncentracji przed zawodami, przy podejściu do trudności. To gdzieś z tyłu głowy jest i pomaga.
Ks. A.P.: Kluczowe pytanie, które wszystkich tu interesuje: jaka była twoja ulubiona funkcja liturgiczna?
K.T.: Kadzidło. Zdecydowanie.
Ks. A.P.: Czyli turyferariusz! Najbardziej prominentna funkcja! Ministranci, weźcie sobie do serca i zapraszam na nabożeństwa majowe, gdzie możecie poćwiczyć.
Ks. A.P.: Podobno po zdobyciu medali uczestniczyłeś we Mszy Świętej. Skąd ten pomysł?
K.T.: To zaproponował kapelan sportowców. Mówił, że wcześniej wielu zawodników tak robiło. Cieszę się, że to zrobiliśmy. Podczas Mszy można było odpocząć od całego zgiełku towarzyszącego zawodom. Na pewno pomogło.
Ks. A.P.: Zawsze, gdy cię oglądam, widzę znak krzyża przed skokiem. Co kryje się za tym gestem?
K.T.: Myślę wtedy o tym, żeby wszystko się ułożyło. Nie tylko wynik. Po prostu żeby skok był dobry, żeby było bezpiecznie, żeby trochę szczęścia dopisało. Całość. Żeby to wszystko po prostu się tak… ułożyło.
Ks. A.P.: Co powiedziałbyś ministrantom patrzącym na ciebie: jak łączyć wiarę i pasję?
K.T.: Wiara pomaga w trudnych momentach. Kiedy brakuje motywacji, gdy coś nie idzie to można w niej znaleźć oparcie. Pozwala podchodzić do wszystkiego pozytywnie i cieszyć się tym, co się robi, mimo trudności. Myślę, że dla kogoś z pasją wiara nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, daje siłę.
Ks. A.P.: Czy łączy się to jakoś z tym, że jesteś też studentem? Normalne życie akademickie chyba trudne do pogodzenia ze skokami?
K.T.: Ogólnie dla sportowców jest takie wsparcie, że dużo spraw można załatwić online. Obecność na uczelni bywa bardzo różna. Życia studenckiego w pełnym sensie raczej się nie zaznaje.
Pytania z sali:
Po rozmowie głos zabrali ministranci i lektorzy. Poniżej wybrane pytania z sali.
Pytanie z sali: Od kiedy ćwiczysz?
K.T.: Miałem sześć lat, gdy oddałem pierwszy skok ale to było raczej zabawowo. Profesjonalne treningi zaczęły się gdzieś w piątej, szóstej klasie.
Pytanie z sali: Jakie uczucie było, gdy odebrałeś medale?
K.T.: Na pewno było tam i szczęście, i zmęczenie - jedno z drugim. Z jednej strony ogromna radość, z drugiej człowiek jest już po prostu wykończony samymi skokami i tym, co dzieje się zaraz po zawodach.
Pytanie z sali: Co czujesz podczas skoku?
K.T.: Ciszę dookoła. Prędkości aż tak bardzo się nie odczuwa. Jest taki dziwny spokój i… no… Szczęście.
Pytanie z sali: Czy boli przy lądowaniu?
K.T.: Generalnie nie. Choć gdy skok wypada wyjątkowo daleko i zeskok jest już płaski, to na piszczelach pojawia się potem jakieś dziwne uczucie. Coś na kształt bólu, ale niezbyt mocne. W trakcie samego skoku tego nie ma.
Pytanie z sali: Jaką skoczni lubisz najbardziej?
K.T.: W ostatnim czasie zdecydowanie Predazzo.
Pytanie z sali: Jakie narty preferujesz?
K.T.: Od początku skaczę na Fischerach i innych nie próbowałem, więc obiektywnie nie jestem w stanie ocenić. Mogę powiedzieć, że te mi odpowiadają.
Pytanie z sali: Jakie uczucie towarzyszyło ci, gdy poznawałeś Kamila Stocha i innych czołowych skoczków?
K.T.: Trochę dziwne na początku ale oni podchodzili bardzo przyjaźnie, bez żadnego dystansu. Dało się fajnie wpasować w grupę. Teraz Kamil skończył karierę, więc widujemy się rzadziej, ale gdzieś tam od czasu do czasu.
Pytanie z sali: Poza skokami jaki sport lubisz oglądać?
K.T.: Formuła 1.
Pytanie z sali: Kamil Stoch czy Piotr Żyła?
K.T.: Kamil ma więcej osiągnięć i jego podejście jest bardziej takie, które można naśladować i ono zadziała u innych. Piotr jest geniuszem po swojemu, ale to podejście działa tylko u niego. Dlatego bardziej inspiruje mnie Kamil.
Pytanie z sali: Słyszałem, że rodzina Prellców, słoweńskich skoczków, jest bardzo wierząca i że też są ministrantami. Udało ci się z nimi porozmawiać na ten temat?
K.T.: Gdzieś słyszałem, że faktycznie są ministrantami. Na zawodach trudno o głębsze rozmowy trzeba się koncentrować. Udaje się powiedzieć kilka słów, przywitać, ale to raczej na tym poprzestaje.
Ks. A.P.: Dziękuję ci, Kacper, za rozmowę i czas podarowany naszej wspólnocie. Jesteś dla nas wszystkich - nie tylko dla ministrantów - przykładem, że pokora, pracowitość i wiara dają się pięknie połączyć. Wielkie brawa!
Ks. Adam Płonka
Pytanie z sali: Od kiedy ćwiczysz?
K.T.: Miałem sześć lat, gdy oddałem pierwszy skok ale to było raczej zabawowo. Profesjonalne treningi zaczęły się gdzieś w piątej, szóstej klasie.
Pytanie z sali: Jakie uczucie było, gdy odebrałeś medale?
K.T.: Na pewno było tam i szczęście, i zmęczenie - jedno z drugim. Z jednej strony ogromna radość, z drugiej człowiek jest już po prostu wykończony samymi skokami i tym, co dzieje się zaraz po zawodach.
Pytanie z sali: Co czujesz podczas skoku?
K.T.: Ciszę dookoła. Prędkości aż tak bardzo się nie odczuwa. Jest taki dziwny spokój i… no… Szczęście.
Pytanie z sali: Czy boli przy lądowaniu?
K.T.: Generalnie nie. Choć gdy skok wypada wyjątkowo daleko i zeskok jest już płaski, to na piszczelach pojawia się potem jakieś dziwne uczucie. Coś na kształt bólu, ale niezbyt mocne. W trakcie samego skoku tego nie ma.
Pytanie z sali: Jaką skoczni lubisz najbardziej?
K.T.: W ostatnim czasie zdecydowanie Predazzo.
Pytanie z sali: Jakie narty preferujesz?
K.T.: Od początku skaczę na Fischerach i innych nie próbowałem, więc obiektywnie nie jestem w stanie ocenić. Mogę powiedzieć, że te mi odpowiadają.
Pytanie z sali: Jakie uczucie towarzyszyło ci, gdy poznawałeś Kamila Stocha i innych czołowych skoczków?
K.T.: Trochę dziwne na początku ale oni podchodzili bardzo przyjaźnie, bez żadnego dystansu. Dało się fajnie wpasować w grupę. Teraz Kamil skończył karierę, więc widujemy się rzadziej, ale gdzieś tam od czasu do czasu.
Pytanie z sali: Poza skokami jaki sport lubisz oglądać?
K.T.: Formuła 1.
Pytanie z sali: Kamil Stoch czy Piotr Żyła?
K.T.: Kamil ma więcej osiągnięć i jego podejście jest bardziej takie, które można naśladować i ono zadziała u innych. Piotr jest geniuszem po swojemu, ale to podejście działa tylko u niego. Dlatego bardziej inspiruje mnie Kamil.
Pytanie z sali: Słyszałem, że rodzina Prellców, słoweńskich skoczków, jest bardzo wierząca i że też są ministrantami. Udało ci się z nimi porozmawiać na ten temat?
K.T.: Gdzieś słyszałem, że faktycznie są ministrantami. Na zawodach trudno o głębsze rozmowy trzeba się koncentrować. Udaje się powiedzieć kilka słów, przywitać, ale to raczej na tym poprzestaje.
Ks. A.P.: Dziękuję ci, Kacper, za rozmowę i czas podarowany naszej wspólnocie. Jesteś dla nas wszystkich - nie tylko dla ministrantów - przykładem, że pokora, pracowitość i wiara dają się pięknie połączyć. Wielkie brawa!
Ks. Adam Płonka