,,Umilowalem cie” - rozwazania na podstawie Adhortacji Apostoskiej Papieza Leona XIV.
Są takie słowa, które nie wymagają komentarza. Można je tylko usłyszeć i pozwolić im pozostać. Tak zaczyna się adhortacja Dilexi te papieża Leona XIV: od zdania z Apokalipsy, które brzmi jak szept Boga skierowany do Kościoła: „Umiłowałem cię” (Ap 3,9).
Papież nie wybiera sloganu ani nie tworzy nowej tezy. Bierze jedno zdanie i pozwala, by stało się ono światłem dla całego dokumentu. Te słowa, wypowiedziane przez Zmartwychwstałego do Kościoła w Filadelfii, są wciąż żywe. W nich zawiera się wszystko, co Bóg pragnie powiedzieć każdemu człowiekowi. (Dilexi te, 1) To nie echo przeszłości, to początek wszystkiego. Miłość Boga nie jest wspomnieniem, ale ruchem, który wciąż trwa. W tym sensie Dilexi te jest dokumentem o teraźniejszości Boga.
Leon XIV świadomie wpisuje swoje nauczanie w ciągłość, którą rozpoczął jego poprzednik. W przypisie do wstępu czytamy, że kontynuuję to, co Jego poprzednik rozpoczął w Dilexit nos: rozważanie o miłości, która czyni nas braćmi. (Dilexi te, 2) To bardzo franciszkowym duchu: nie zaczynać od początku, tylko kontynuować miłość. Warto zauważyć, że ton całej adhortacji jest inny niż w wielu wcześniejszych dokumentach papieskich. Nie znajdziemy tu ostrych diagnoz, ale raczej zaproszenie do ciszy i obecności. Papież nie mówi, że „trzeba bardziej kochać”, lecz że miłość Boga już nas objęła. A to zasadnicza różnica.
I tu zaczyna się przestrzeń osobistej refleksji. Jak często oczekujemy, by Bóg kochał nas „lepiej”? By udowodnił, że jest, że pamięta, że odpowiada? A On mówi po prostu: „Umiłowałem cię.” Bez argumentów. Bez warunków. Bez przypisów. To zdanie nie wymaga tłumacza. Trzeba tylko mieć odwagę usłyszeć je tak, jakby było wypowiedziane właśnie dziś. Właśnie do mnie.
Kilka słów niezbędnych
W papieskich dokumentach trafiają się fragmenty, które nie brzmią już jak nauka, lecz jak modlitwa. Właśnie tak zaczyna się pierwszy rozdział Dilexi te. Leon XIV nie pisze jak wykładowca, który tłumaczy teorię o ubóstwie. Pisze jak ktoś, kto sam usiadł naprzeciw drugiego człowieka i przez chwilę milczy, zanim zacznie mówić. Jakby wiedział, że w tej ciszy, zanim pojawi się słowo, już zaczyna się miłość.
W jednym z pierwszych zdań papież przypomina, że bieda nie ma jednej twarzy. Ubóstwo tych, którzy nie mają środków do życia, tych, którzy są społecznie wykluczeni; ubóstwo moralne, duchowe, kulturowe, a obok nich wiele nowych form ubóstwa, bardziej subtelnych i niebezpiecznych. (Dilexi te, 9–10) Czytam te słowa i mam wrażenie, że to nie jest diagnoza świata, tylko opis naszych codziennych spotkań. Bo obok tego, kto prosi o chleb, stoi ktoś, kto prosi o sens. Obok tego, kto nie ma gdzie spać, stoi ktoś, kto nie ma komu opowiedzieć swojego dnia. Ubóstwo ma tyle odcieni, ilu ludzi nosi w sobie pustkę. I kiedy papież mówi o ubóstwie duchowym i kulturowym, nie oskarża świata, tylko wzywa do uważności: żebyśmy nie minęli człowieka, który ma wszystko oprócz nadziei.
Zaraz potem Leon XIV przywołuje scenę z Ewangelii, która od wieków pachnie czułością. Pisze: „Uczniowie Jezusa krytykowali kobietę, która wylała na Jego głowę bardzo cenny wonny olejek: ‘Po co takie marnotrawstwo? Przecież można było drogo to sprzedać i rozdać ubogim’. Lecz Pan rzekł do nich: ‘Ubogich zawsze macie u siebie, Mnie zaś nie zawsze macie’ (Mt 26, 8-9.11).” I dodaje: „Był to oczywiście skromny gest, ale ten, kto cierpi, wie, jak wielki jest nawet mały gest czułości i jak ogromną ulgę może przynieść. Jezus rozumie to i sankcjonuje jego nieprzemijalność: ‘Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę o tym, co uczyniła’ (Mt 26,13).” (Dilexi te, 4) Zatrzymałem się przy tym fragmencie dłużej niż zwykle. Bo w świecie, który liczy i porównuje, kobieta z flakonem olejku po prostu coś marnuje. Ale Jezus nie liczy. On dosłownie wącha. Wącha zapach wdzięczności, łez, odwagi. I mówi, że to właśnie ten zapach przetrwa wieki. Może dlatego papież przypomina nam, że Ewangelia nie zaczyna się od czynów wielkich, ale od drobiazgów, których nikt nie mierzy. Od gestów, które pachną sercem. W świecie, który boi się wzruszeń, Bóg wciąż pamięta zapach tamtego olejku.
Po tej delikatności przychodzi zdanie ostre jak szkło: „Ubodzy nie istnieją przez przypadek lub z powodu ślepego i gorzkiego losu. A już na pewno, dla większości z nich, ubóstwo nie jest wyborem. Są jednak wciąż tacy, którzy ośmielają się tak twierdzić, wykazując się ślepotą i okrucieństwem.” (Dilexi te, 14) Leon XIV mówi o tych, którzy wciąż uważają, że ubodzy sami są winni swojego losu. Jakby Ewangelia była nagrodą dla zaradnych. Jakby łaska miała cennik. Ten moment w dokumencie jest jak przerwanie ciszy. Jakby papież chciał powiedzieć: przestańmy tłumaczyć sobie świat w kategoriach zasług, bo jeśli wierzysz, że ktoś jest mniej kochany przez Boga tylko dlatego, że nic nie ma - to znaczy, że nigdy naprawdę nie zrozumiałeś, czym jest łaska.
Przypomniałem sobie twarz człowieka, który kiedyś przyszedł do zakrystii tylko po rozmowę. Nie chciał pieniędzy, nie chciał niczego materialnego chciał, żebym z nim po prostu pogadał. I zrozumiałem wtedy, że można dać komuś chleb, a zostawić go głodnym, jeśli nie podzieli się z nim uwagą. Właśnie o tym mówi papież: że ubóstwo nie znika od pomocy, jeśli nie idzie za nią spotkanie.
Pierwszy rozdział Dilexi te kończy przypomnieniem, że Bóg jest obecny w małych rzeczach: w geście, w spojrzeniu, w cichym „jestem”. Papież nie wymaga od nas rewolucji. On prosi o delikatność. Bo Ewangelia nie rodzi się w zgiełku, ale w dłoniach, które się nie boją dotknąć biedy. I może dlatego nazwał ten rozdział tak prosto - „Kilka słów niezbędnych”. Bo naprawdę niewiele trzeba, żeby zrozumieć miłość. Wystarczy dać się poruszyć tym, co małe.
Wybór ubogich
Porusza, jak papież Leon XIV potrafi pisać o Bogu nie jak o idei, ale jak o kimś, kto naprawdę wchodzi w ludzką biedę. W Dilexi te mówi: „Bóg jest miłością miłosierną, a Jego plan miłości (…) polega przede wszystkim na tym, że zstąpił i przyszedł między nas, aby wyzwolić nas z niewoli, strachu, grzechu i mocy śmierci” (Dilexi te, 16). Nie z daleka, nie z wysokości, ale między nas. Jak Ten, który nie boi się dotknąć kurzu świata. Ten fragment jest opisem spojrzenia Boga - nie z góry, lecz z kolan, z poziomu ziemi, gdzie człowiek jest najbardziej prawdziwy. Właśnie tam, mówi papież, Bóg „pochyla się nad naszym ubóstwem” (Dilexi te, 16).
To słowo - pochyla się - ma w sobie coś niezwykłego. Nie ma w nim pośpiechu ani litości. Jest cierpliwość. Jest troska, która zna ciężar cudzego smutku. Bo jeśli Bóg się pochyla, to znaczy, że nie wstydzi się naszej kruchości. Że nie przyszedł, by nas oceniać, ale by być z nami tak blisko, jak tylko może. „Sam stał się ubogim” - pisze Leon XIV - „narodził się w ciele jak my i poznaliśmy Go w małości dzieciątka złożonego w żłobie” (Dilexi te, 16). To jedno zdanie wystarczy, by cała Ewangelia nabrała zapachu słomy i cichego oddechu Dziecka, które nie przyszło, by rządzić, ale by kochać.
Nie wiem, czy można to zrozumieć inaczej niż sercem: Bóg wybrał ubóstwo nie dlatego, że było romantyczne, ale dlatego, że tylko w nim można kochać bez masek. „W sercu Boga jest preferencyjne miejsce dla ubogich” - przypomina papież (Dilexi te, 17). I za każdym razem, gdy czytam to zdanie, czuję, że ono nie mówi tylko o ekonomii. Mówi o duchowej geografii: o tym, że Bóg zawsze wybiera to, co zranione, opuszczone, zapomniane.
Bo właśnie tam jest najwięcej prawdy. I chyba dlatego, kiedy św. Łukasz mówi w Ewangelii: „Nie było dla nich miejsca w gospodzie” (Dilexi te, 19) to niejako stawia diagnozę świata. Bo ciągle brakuje miejsca dla Tego, który nic nie posiada, a przynosi wszystko. Papież pisze, że Jezus „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Dilexi te, 18). To jedno zdanie powinno zatrzymać każdego, kto chce mówić o władzy, o wielkości, o znaczeniu. Bo jeśli Bóg naprawdę ogołocił się z boskości, by być jednym z nas, to znaczy, że żadna droga do Niego nie prowadzi inaczej niż przez pokorę.
Chrystus nie miał nic, nawet pewności dachu nad głową: „Lisy mają nory, a ptaki podniebne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć” (Dilexi te, 20). W tej bezdomności jest coś głęboko Bożego - jakby chciał nam powiedzieć, że człowiek jest u siebie tylko wtedy, gdy potrafi być gościem w świecie. Zadziwia mnie, jak papież przechodzi od opisów Ewangelii do rzeczywistości Kościoła. Pisze: „Kościół, jeśli chce być Chrystusowym, musi być Kościołem Błogosławieństw, Kościołem, który robi miejsce małym i idzie ubogi z ubogimi” (Dilexi te, 21). czuć, że mówi to jak ktoś, kto wskazuje drogę, którą sam przeszedł. Bo Kościół nie jest wtedy najprawdziwszy, gdy błyszczy, ale gdy potrafi klęknąć przy kimś, kto upadł. Nie trzeba wiele, żeby to zrozumieć. Wystarczy przypomnieć sobie, jak pachnie pokój, w którym ktoś wreszcie został wysłuchany. Jezus nigdy nie rozdzielał wiary od czułości. Nie pytał, czy ktoś zasługuje, tylko czy ktoś cierpi. Dlatego mógł powiedzieć: „Bóg sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi” (Dilexi te, 22). Bo miłość Boga jest skandalicznie nierówna - w tym sensie, że zawsze pochyla się niżej.
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Dilexi te, 26). Nie wiem, czy istnieje bardziej dosadne streszczenie chrześcijaństwa. Nie pyta o doktrynę, o przekonania, o emocje. Pyta: co zrobiłeś? Kogo zauważyłeś, komu pozwoliłeś poczuć, że nie jest sam? Leon XIV dodaje też coś, co mnie jako kapłana wzrusza prostotą: „Zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć” (Dilexi te, 27). Bo w świecie, który wszystko przelicza, Bóg mówi o szczęściu, które nic nie kosztuje, a jednak wszystko zmienia. O szczęściu z obecności, z bezinteresowności, z bliskości. I może dlatego papież przypomina: „Radosnego dawcę miłuje Bóg” (33). Nie tego, kto daje, bo tak wypada, ale tego, kto daje, bo już zrozumiał, że tylko to naprawdę zostaje.
„Życie pierwszych wspólnot kościelnych jest nam dane jako przykład do naśladowania” (Dilexi te, 34) - widzę w tych słowach Kościół, który oddycha prostotą. Bez strategii, bez instytucjonalnego ciężaru, z jedną pewnością: że nie da się kochać Boga, jeśli nie kocha się człowieka. Bo tu nie chodzi tylko o wybór Boga. Tu chodzi o wybór, przed którym stoi każdy z nas - czy chcemy patrzeć na świat z góry, czy z poziomu miłości, która się pochyla.
Kościół dla ubogich
Rozdział o Kościele dla ubogich w Dilexi te jest trochę jak historia kościoła ubogich. „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” (Dilexi te, 35). Wskazuje to na pamięć, że Kościół nigdy nie był najprawdziwszy, gdy miał wpływy i budżety, ale gdy umiał klęknąć przy kimś, kto nie miał nic. Papież przypomina, że „istnieje nierozerwalna więź między naszą wiarą a ubogimi” (Dilexi te, 36), a więc nie można mówić o Bogu, nie pochylając się nad człowiekiem. Wtedy Ewangelia staje się tylko teorią, kazaniem bez adresata.
Pierwsze wspólnoty rozumiały to bez teologicznych wywodów. Wiedziały, że Eucharystia kończy się dopiero wtedy, gdy ktoś nakarmi wdowę i przygarnie sierotę. Ustanowienie diakonów nie było reorganizacją, tylko decyzją serca. „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły” (Dz 6,2). Miłość rozlała się z ołtarza na ulice. To z tej troski o ostatnich wyrosło pierwsze męczeństwo. Szczepan, diakon, zginął nie dlatego, że głosił teorie, ale że przypomniał, iż Bóg słucha krzyku biednych. Wawrzyniec, gdy żądano od niego majątku Kościoła, wskazał na ubogich i powiedział: „Oto są skarby Kościoła” (Dilexi te, 38). W tym jednym zdaniu zmieścił całą teologię ubogich. Ambroży dopowie później, że jeśli ktoś obraca dobra Kościoła na własną korzyść, jest to zbrodnia, a jeśli dzieli się nimi z ubogimi, to jest to akt miłosierdzia (Dilexi te, 38). To jest przypomnienie, że bogactwo w rękach ucznia Chrystusa zawsze jest tylko narzędziem miłości.
Dalej Ojcowie Kościoła uczą nas języka, w którym każde zdanie staje się wezwaniem do bliskości. Ignacy z Antiochii wypomina duchowym ludziom, że o „wdowy, sieroty, udręczonych i więźniów” już się nie troszczą (Dilexi te, 39). Polikarp woła, żeby kapłani byli „pełni współczucia”, bo nie można głosić Ewangelii, nie mając w sobie litości. Justyn opisuje liturgię, w której nie kończy się modlitwa znakiem pokoju. „Ci, którym się dobrze powodzi, dają, co chcą, a wszystko składa się na ręce przełożonego. On zaś roztacza opiekę nad sierotami, wdowami, chorymi i więźniami” (Dilexi te, 40). To obraz Kościoła, w którym dar ołtarza staje się chlebem. Chryzostom mówi to bez poezji: „Chcesz czcić Ciało Chrystusa? Nie dopuść, aby było nagie. Najpierw nasyć głodnego, a potem przyozdób ołtarz” (Dilexi te, 41). Jego słowa nie starzeją się, bo zawsze będzie istniała pokusa, żeby najpierw dbać o piękno świątyni, a dopiero potem o człowieka, który przed nią siedzi.
Miłosierdzie, o którym piszą Ojcowie, nie jest dodatkiem do wiary. To jej ogień. Ambroży podkreśla: „Nie obdarowujesz biedaka ze swego, lecz zwracasz mu to, co jest jego własnością” (Dilexi te, 43). Augustyn idzie dalej: jeśli naprawdę macie w sobie Chrystusa, to nawet obcemu użyczycie chleba, a Ten, który przyjmuje, mówi: „Otrzymałem ziemię, dam niebo” (Dilexi te, 45). To jest logika, której świat nie zrozumie, dopóki nie zobaczy, jak wygląda radość człowieka, który dzieli się z miłością.
Z tej logiki rodzi się konkret. W czasach zarazy św. Cyprian sprawdza serca: czy zdrowi służą chorym, czy panowie mają współczucie dla sług (Dilexi te, 49). Wiele wieków później Jan Boży i Kamil de Lellis uczą Kościół pielęgnować z czułością. Kamil pisał do swoich współbraci: „Nade wszystko niech każdy prosi Pana o łaskę matczynego uczucia względem bliźniego” (Dilexi te, 50). Nic tak nie przypomina Boga jak człowiek, który pochyla się z czułością. W tym samym duchu rodzą się zgromadzenia, w których kobiety stają przy łóżkach chorych, przy dzieciach, przy umierających. Siostry Miłosierdzia, urszulanki, szarytki - wszystkie one uczą, że dotyk może być modlitwą.
Mnisi z kolei pokazują, że cisza i służba to dwa imiona tej samej miłości. Bazyli mówił, że należy pracować, aby „Bóg mógł przez nas dać słabym braciom to, co dla nich konieczne” (Dilexi te, 53). Wokół klasztorów wyrastały całe miasta miłosierdzia. Benedykt w swojej regule zapisał proste ale konkretne zdanie: „Niech szczególna troska towarzyszy przyjmowaniu ubogich i pielgrzymów” (Dilexi te, 55). Ta gościnność staje się jednym z filarów Europy. Z niej wyrasta kultura, w której praca, wiedza i modlitwa splatają się w jedno: wszystko ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do służby.
W tym samym świetle trzeba czytać chrześcijańskie zmaganie o wolność. Jezus przyszedł „aby więźniom głosić wolność” (Łk 4,18), a Kościół zrozumiał, że to nie metafora. Trynitarze i mercedariusze gotowi byli oddać własne życie za wykupionych (Dilexi te, 60–61). W ich posłudze widać dosłownie słowa Ewangelii: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół” (J 15,13). I to nie jest opowieść z przeszłości. Jeszcze niedawno, odwiedzając więzienia, papież Franciszek powtarzał, że są one ,,miejscem wielkiego człowieczeństwa’’ (Dilexi te, 62). Te słowa wciąż są potrzebne, bo przypominają, że nikt nie jest zredukowany do winy.
Potem papież przenosi nas w XIII wiek, kiedy duch ubóstwa odrodził Kościół. Franciszek z Asyżu prosi braci, „by niczego nie nabywali na własność… bo Pan dla nas stał się ubogim” (Dilexi te, 64). Klara broni przywileju ubóstwa, Dominik uczy, że prawda ma brzmieć ustami ludzi prostych. Tomasz z Celano zapisze o Franciszku, że: „Stał się szczególnym miłośnikiem ubogich” (Dilexi te, 67). Bo dla Franciszka ubóstwo było wolnością. Ubodzy natomiast byli przyjaciółmi.
Kolejnym śladem tej miłości jest edukacja. Papież pisze, że „nie można nauczać bez miłości” (Dilexi te, 68). Kalasancjusz zakłada pierwszą bezpłatną szkołę dla dzieci z biednych rodzin (Dilexi te, 69). La Salle tworzy wspólnotę nauczycieli, którzy uczą nie tylko pisania, ale człowieczeństwa (Dilexi te, 69). Bosko, Champagnat i Rosmini rozumieją, że wychowanie to dotknięcie serca, że młody człowiek nie potrzebuje kazania, ale kogoś, kto wierzy w jego wartość. A siostry, od Urszulanek po Notre-Dame, otwierają drzwi dziewczętom, które nigdy wcześniej nie mogły się uczyć (Dilexi te, 71). W tych historiach czuć, że Ewangelia staje się alfabetem nadziei.
Ta sama wrażliwość prowadzi Kościół do migrantów. Scalabrini i św. Franciszka Cabrini budują mosty, szkoły, szpitale, tworzą przestrzeń dla tych, którzy zostali wyrzuceni poza mapę świata (Dilexi te, 74). Ich duch żyje w czterech słowach Papieża Franciszka: „przyjmować, chronić, promować i integrować” (Dilexi te, 75). To jest konkretna odpowiedź na pytanie, jak patrzeć na człowieka. Papież przypomina: „Każda istota ludzka jest dzieckiem Boga. Odciśnięty jest w niej wizerunek Chrystusa” (Dilexi te, 75). W świecie, który klasyfikuje ludzi według użyteczności, te słowa brzmią jak sprzeciw.
W końcu papież przechodzi do świętych naszych czasów. Matka Teresa mówi najprościej: „Nasi ubodzy są wspaniałymi ludźmi... potrzebują naszej wyrozumiałej miłości, abyśmy traktowali ich w sposób godny” (Dilexi te, 77). I dodaje: „Owocem ciszy jest modlitwa, owocem modlitwy - wiara, owocem wiary - miłość, owocem miłości - służba, a owocem służby - pokój” (Dilexi te, 77). Siostra Dulce z Bahii zaczynała w kurniku, a skończyła jako znak czułości, która potrafi zmieniać struktury (Dilexi te, 78). Jej historia, jak i wielu innych, pokazuje, że świętość nie jest oderwaniem od świata, ale dotknięciem jego ran. ,,Tkanka wspólnoty wszystkich i dla wszystkich” tak Leon XIV zwraca się do członków ruchów, wspólnot, stowarzyszeń zajmujących się ubogimi. (Dilexi te, 80). To oni przypominają Kościołowi, że solidarność to walka o sprawiedliwość. Ich zaangażowanie to „walka ze strukturalnymi przyczynami ubóstwa, nierównością, brakiem zatrudnienia, ziemi i mieszkań” (Dilexi te, 81). I papież ostrzega: kiedy instytucje przestają słuchać ludu, „demokracja ulega atrofii, traci reprezentatywność, odrywa się od rzeczywistości” (Dilexi te, 81). A Kościół też może na to zachorować, jeśli zapomni, że jego głos brzmi prawdziwie tylko wtedy, gdy mówi razem z ubogimi.
Papież odsłania puls historii. Bo w każdej epoce powraca ten sam moment: ktoś widzi człowieka w potrzebie i odpowiada. I od tego momentu Kościół znowu staje się sobą. Bo jego prawdziwe bogactwo nie leży w archiwach ani w marmurach, ale w dłoniach, które myją, karmią, uczą i błogosławią. Tam, gdzie jest człowiek, który się pochylił - tam Ewangelia nadal się dzieje.
Historia, która trwa
Żywa historia zaczyna się już od słów:„rzeczywistość lepiej widać z peryferii, a ubodzy są podmiotami o specyficznej inteligencji, niezbędnej dla Kościoła i ludzkości” (Dilexi te, 82). Przypomniała mi się starsza pani (chyba emerytka) z Krakowa, która co tydzień przychodziła do kuchni Brata Alberta, żeby przynieść chleb dla kogoś, „kto ma gorzej”. Nie analizowała struktur grzechu, nie znała terminów ekonomicznych, ale patrzyła sercem. I właśnie z takiego patrzenia rodzi się Kościół. Papież pisze, że „nie można sobie wyobrazić ponownego odczytania Objawienia chrześcijańskiego bez świeckich chrześcijan zmagających się z wyzwaniami swoich czasów” (Dilexi te, 82). Pochwała codzienności. Bo prawdziwa teologia dzieje się często nie w bibliotekach, tylko w autobusach, w fabrykach, na oddziałach szpitalnych. To tam wiara styka się z rzeczywistością, której nie da się ująć w przypisie. Tak jak w powyższej historii.
Historia społecznej nauki Kościoła to ciąg prób zrozumienia człowieka. W 1891 roku Leon XIII w Rerum novarum odważył się stanąć po stronie robotników, „obnażając niedopuszczalną sytuację wielu” (Dilexi te, 83). A sto lat później Jan XXIII, w Mater et Magistra, przypomniał światu, że „kraje bogate nie mogą pozostać obojętne wobec krajów dotkniętych głodem i nędzą” (Dilexi te, 83). W obu przypadkach chodziło o serce. Potem przyszedł Sobór Watykański II. I wtedy padły słowa: „Kościół ukazuje się takim, jaki jest i jaki pragnie być - jako Kościół wszystkich, a zwłaszcza Kościół ubogich” (Dilexi te, 84). Kardynał Lercaro powie nawet, że to „jedyna kwestia całego Soboru Watykańskiego II” (Dilexi te, 84). Jan XXIII nie tylko otworzył okna Kościoła, ale też drzwi, żeby mogli wejść ci, których dotąd nie wpuszczano.
Św. Paweł VI dopowie z prostotą, że „ubogi jest przedstawicielem Chrystusa… Ubogi i Piotr mogą się ze sobą pokrywać, mogą być tą samą osobą, odzianą w podwójne uosobienie ubóstwa i władzy” (Dilexi te, 85). Od tej pory nie wystarczy mówić o Bogu. Trzeba Go rozpoznać w kimś, kto czeka na pomoc w schronisku, w więzieniu, na dworcu. Sobór Watykański II zaznacza, że: „Bóg przeznaczył ziemię wraz ze wszystkim, co się na niej znajduje, na użytek wszystkich ludzi i narodów” (Dilexi te, 86). Niestety mowa tu o świecie, który wciąż zapomina, że własność bez miłości staje się krzywdą. Paweł VI w Populorum progressio dodaje: „Nikt nie może uważać się za uprawnionego, aby dobra zbywające zatrzymywać jedynie dla prywatnej korzyści” (Dilexi te, 86). Człowiek, który trzyma wszystko dla siebie, ostatecznie zostaje sam.
Jan Paweł II, jakby chciał tę opowieść o ubogich zamknąć w jednym zdaniu, pisze o „specjalnej formie pierwszeństwa w praktykowaniu miłości chrześcijańskiej” (Dilexi te, 87). I ostrzega, że „niezauważenie ich oznaczałoby upodobnienie się do bogatego smakosza, który udawał, że nie dostrzega Łazarza” (Dilexi te, 87). Jeśli nie widzimy ubogich, to znaczy, że nasza Ewangelia straciła wzrok. Jego następca Benedykt XVI podkreśla, że „tym bardziej skutecznie kochamy bliźniego, im bardziej angażujemy się na rzecz dobra wspólnego” (Dilexi te, 88). A potem dodaje, że głód i nędza to nie tylko brak zasobów materialnych, ale także „brak struktur instytucjonalnych zdolnych zapewnić sprawiedliwy dostęp do pokarmu i wody” (Dilexi te, 89). To zdanie jest skierowane mocno do polityków, by mieli odwagę leczyć przyczyny, nie tylko skutki. Papież Franciszek natomiast przypomina, że głos Kościoła to także głos episkopatów i wspólnot lokalnych. W Medellín biskupi Ameryki Łacińskiej nazywali po imieniu rzeczy, które my często owijamy w bawełnę: „Ubóstwo tak wielu braci woła o sprawiedliwość, solidarność i świadectwo” (Dilexi te, 90). W Puebla zaś dodano, że struktury niesprawiedliwości to „grzech społeczny” (Dilexi te, 90). Teologia przestaje być obserwacją, a staje się ruchem.
I znów wraca to cudowne słowo: miłosierdzie. „Miłosierdzie jest siłą, która zmienia rzeczywistość” (Dilexi te, 91). Papież chce, by „rosła liczba polityków zdolnych do autentycznego dialogu ukierunkowanego na skuteczne uzdrowienie korzeni” (Dilexi te, 91). Bo „dyktatura gospodarki, która zabija” to codzienność ludzi, którzy pracują i wciąż nie mają za co żyć (Dilexi te, 92). „Brak sprawiedliwości jest korzeniem chorób społecznych” (Dilexi te, 94). I dalej: „Często stwierdzamy, że prawa człowieka nie są równe dla wszystkich” (Dilexi te, 94). Trudno o trafniejszą diagnozę problemów społecznych. Wystarczy posłuchać rozmów w poczekalniach MOPS-u, by zobaczyć, że te słowa nie należą do historii, bo to nasz czas.
Autor Adhortacji pisze też o miastach, które „przezwyciężyły niezdrową nieufność i integrują różniących się” (Dilexi te, 96). Czytając to, myślę o parafiach, w których ławki w kościele wciąż dzielą ludzi bardziej niż łączą. A przecież „degradacja środowiska i degradacja społeczeństwa wyrządzają szczególną szkodę najsłabszym” (Dilexi te, 96). Miasto a nawet parafia, które nie są dla wszystkich, przestają być ludzkie. Papież kończy mocno: Ewangelia nie jest tylko prywatną relacją z Panem. „Propozycja jest szersza – chodzi o Królestwo Boże… W takiej mierze, w jakiej zdoła On królować między nami, życie społeczne stanie się przestrzenią braterstwa, sprawiedliwości i pokoju” (Dilexi te, 97).
„Tylko bliskość, która czyni z nas przyjaciół, pozwala nam głęboko docenić wartości współczesnych ubogich” (Dilexi te, 100). To jest właśnie szkoła spojrzenia. Dopiero wtedy, gdy usiądziemy obok, usłyszymy, jak Bóg mówi ich głosem. „Ta pełna miłości uwaga jest początkiem prawdziwego zatroskania o jego osobę” (Dilexi te, 101). Spojrzenie pełne zachwytu odkrywa w ubogich odbicie Bożego oblicza. Dlatego: „pozwólmy się ewangelizować przez ubogich” (Dilexi te, 102). Bo oni znają tajemnicę prostoty, wdzięczności i ufności, której my w dostatku zapomnieliśmy. Historia ubogich naprawdę trwa… W dłoniach tych, którzy wciąż mają mniej, a jednak potrafią dawać więcej.
Nieustanne wyzwanie
Papież Leon XIV pisze o ludziach, którzy wciąż się pochylają - nad chorym, nad dzieckiem, nad kimś, kto stracił nadzieję. Przypomina, że „troska o ubogich jest częścią wielkiej Tradycji Kościoła, jak snop światła, który od początków Ewangelii oświecał serca i kroki chrześcijan wszystkich czasów” (Dilexi te, 103). W każdej epoce Kościół gubił się wtedy, gdy odwracał oczy od biednych, a odnajdywał siebie, gdy do nich wracał. Papież pisze dalej, że „umiłowanie ubogich - niezależnie od formy, w jakiej to ubóstwo się przejawia - jest ewangeliczną gwarancją Kościoła wiernego sercu Boga” (Dilexi te, 103). Myślę tutaj o tylu ludziach w parafiach, którzy nie robią szumu wokół siebie, a jednak są jak ciche filary wspólnoty: kobieta, która piecze chleb dla sąsiadów; mężczyzna, który zawsze zaniesie zakupy starszej pani; ministrant, który po cichu odkłada drobne z kieszonkowego dla jakiejś misji. To właśnie w takich gestach Kościół jest najbardziej sobą.
Ojciec Święty przypomina też, że ubodzy nie są dla chrześcijan „problemem społecznym, ale sprawą rodzinną” (Dilexi te, 104). Jak często w Kościele mówimy o nich „oni”, a nie „my”? Jak często dzielimy świat na tych, którzy pomagają, i tych, którym się pomaga, zapominając, że w Bożym planie to jedna rodzina, tylko z różnymi rolami? Papież zachęca, by „spędzać z nimi godziny, tygodnie lub lata życia” (Dilexi te, 104) i przypomina, że Jezus nie robił nic innego: po prostu był z ludźmi. Nie przeoczył ich. Tak jak w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. „Rozwinęliśmy się pod wieloma aspektami, ale jesteśmy analfabetami w towarzyszeniu, opiece i wspieraniu najsłabszych” (Dilexi te, 105). Czy można być cywilizowanym, a jednocześnie ślepym na człowieka, który leży obok? Przypowieść wraca z nową mocą. Każdego dnia przechodzę obok kogoś, kto jest dla mnie tym „poranionym przy drodze”.
W innym miejscu papież pisze: „Kiedy spotykam osobę śpiącą na zewnątrz w zimną noc, mogę zareagować, wychodząc od wiary i miłości, uznając w tym człowieku stworzenie nieskończenie umiłowane przez Ojca” (Dilexi te, 106). I dodaje pytanie: ,,czy można pojąć świętość bez tego żywego uznania godności każdej istoty ludzkiej?” (Dilexi te, 106). Właśnie tu Dilexi te dotyka sedna - świętość nie jest odłączona od czułości. W końcu. „codziennie znajdujemy Łazarza, jeśli go szukamy” - pisał Grzegorz Wielki (Dilexi te, 108). Nie gdzieś daleko, ale w naszym sąsiedztwie, w rozmowie, w szkolnej ławce, w rodzinie. Dlatego:„nie chciejcie marnować czasu miłosierdzia, nie chciejcie ukrywać tego, coście otrzymali” (Dilexi te, 108). Nie czekaj, aż będziesz gotowy, aż wszystko się ułoży. Miłość jest zawsze teraz.
Ubodzy nie tylko potrzebują nas. My potrzebujemy ich. To oni nas uczą. „To właśnie ubodzy ewangelizują nas” (Dilexi te, 109). Ich milczenie demaskuje nasz niepokój. Ich kruchość przypomina, że nasze bezpieczeństwo jest złudzeniem. I ich spojrzenie - proste, bez ironii - uczy pokory, której nie da się wyczytać w książkach. „Dla chrześcijan ubodzy nie są kategorią socjologiczną, lecz samym ciałem Chrystusa” (Dilexi te, 110) - pisze Leon XIV, a ja mam przed oczami twarz chorej kobiety, której przynosiłem Komunię w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku gdzie posługiwałem na wakacyjnym zastępstwie. Kiedy wzięła Hostię, powiedziała cicho: „Wreszcie nie jestem sama”.
W dalszej części pojawia się ostrzeżenie: „Każda wspólnota, która nie zamierza w sposób twórczy i skuteczny współpracować, by ubodzy żyli godnie, narazi się na ryzyko rozkładu” (Dilexi te, 113). Mocne słowa. Ale może konieczne. Bo nic tak nie niszczy Kościoła jak obojętność w pięknych szatach. „Najgorszą dyskryminacją, jakiej doświadczają ubodzy, jest brak opieki duchowej” (Dilexi te, 114). Często myślimy, że potrzebują tylko chleba i pracy, a oni czasem najbardziej potrzebują nadziei. Potrzebują kogoś, kto nie tylko im pomoże, ale się za nich pomodli. Posiedzi i porozmawiam z nimi. Ale żeby to zrobić trzeba umieć to ofiarować. Znane słowo, prawda? - jałmużna. „Nie jest (to) gest przestarzały, lecz niezbędny etap spotkania” (Dilexi te, 115). W świecie, w którym wszystko da się przelać na konto, jałmużna ma sens tylko wtedy, gdy wymaga dotknięcia, spojrzenia w oczy, krótkiego „dzień dobry”, uśmiechu, który coś kosztuje. Leon XIV cytuje św. Jana Chryzostoma: „Jałmużna jest skrzydłem modlitwy. Jeśli nie dodasz skrzydła, twoja modlitwa ledwo się wzniesie” (Dilexi te, 118). Modlitwa bez gestu zatrzymuje się na ustach.
„Niech ubogi poczuje, że słowa Jezusa: ,,Ja cię umiłowałem’’ (Ap 3,9) są skierowane właśnie do niego” (Dilexi te, 121). Jeśli naprawdę chcemy być Kościołem Jezusa, musimy się nauczyć jednego - żeby człowiek, który przyjdzie zmarznięty, głodny, zraniony, usłyszał w nas nie moralizowanie, ale jedno zdanie, które zmienia wszystko: „Ja cię umiłowałem.”.
Ks. Adam Płonka
Bibliografia:
Papież nie wybiera sloganu ani nie tworzy nowej tezy. Bierze jedno zdanie i pozwala, by stało się ono światłem dla całego dokumentu. Te słowa, wypowiedziane przez Zmartwychwstałego do Kościoła w Filadelfii, są wciąż żywe. W nich zawiera się wszystko, co Bóg pragnie powiedzieć każdemu człowiekowi. (Dilexi te, 1) To nie echo przeszłości, to początek wszystkiego. Miłość Boga nie jest wspomnieniem, ale ruchem, który wciąż trwa. W tym sensie Dilexi te jest dokumentem o teraźniejszości Boga.
Leon XIV świadomie wpisuje swoje nauczanie w ciągłość, którą rozpoczął jego poprzednik. W przypisie do wstępu czytamy, że kontynuuję to, co Jego poprzednik rozpoczął w Dilexit nos: rozważanie o miłości, która czyni nas braćmi. (Dilexi te, 2) To bardzo franciszkowym duchu: nie zaczynać od początku, tylko kontynuować miłość. Warto zauważyć, że ton całej adhortacji jest inny niż w wielu wcześniejszych dokumentach papieskich. Nie znajdziemy tu ostrych diagnoz, ale raczej zaproszenie do ciszy i obecności. Papież nie mówi, że „trzeba bardziej kochać”, lecz że miłość Boga już nas objęła. A to zasadnicza różnica.
I tu zaczyna się przestrzeń osobistej refleksji. Jak często oczekujemy, by Bóg kochał nas „lepiej”? By udowodnił, że jest, że pamięta, że odpowiada? A On mówi po prostu: „Umiłowałem cię.” Bez argumentów. Bez warunków. Bez przypisów. To zdanie nie wymaga tłumacza. Trzeba tylko mieć odwagę usłyszeć je tak, jakby było wypowiedziane właśnie dziś. Właśnie do mnie.
Kilka słów niezbędnych
W papieskich dokumentach trafiają się fragmenty, które nie brzmią już jak nauka, lecz jak modlitwa. Właśnie tak zaczyna się pierwszy rozdział Dilexi te. Leon XIV nie pisze jak wykładowca, który tłumaczy teorię o ubóstwie. Pisze jak ktoś, kto sam usiadł naprzeciw drugiego człowieka i przez chwilę milczy, zanim zacznie mówić. Jakby wiedział, że w tej ciszy, zanim pojawi się słowo, już zaczyna się miłość.
W jednym z pierwszych zdań papież przypomina, że bieda nie ma jednej twarzy. Ubóstwo tych, którzy nie mają środków do życia, tych, którzy są społecznie wykluczeni; ubóstwo moralne, duchowe, kulturowe, a obok nich wiele nowych form ubóstwa, bardziej subtelnych i niebezpiecznych. (Dilexi te, 9–10) Czytam te słowa i mam wrażenie, że to nie jest diagnoza świata, tylko opis naszych codziennych spotkań. Bo obok tego, kto prosi o chleb, stoi ktoś, kto prosi o sens. Obok tego, kto nie ma gdzie spać, stoi ktoś, kto nie ma komu opowiedzieć swojego dnia. Ubóstwo ma tyle odcieni, ilu ludzi nosi w sobie pustkę. I kiedy papież mówi o ubóstwie duchowym i kulturowym, nie oskarża świata, tylko wzywa do uważności: żebyśmy nie minęli człowieka, który ma wszystko oprócz nadziei.
Zaraz potem Leon XIV przywołuje scenę z Ewangelii, która od wieków pachnie czułością. Pisze: „Uczniowie Jezusa krytykowali kobietę, która wylała na Jego głowę bardzo cenny wonny olejek: ‘Po co takie marnotrawstwo? Przecież można było drogo to sprzedać i rozdać ubogim’. Lecz Pan rzekł do nich: ‘Ubogich zawsze macie u siebie, Mnie zaś nie zawsze macie’ (Mt 26, 8-9.11).” I dodaje: „Był to oczywiście skromny gest, ale ten, kto cierpi, wie, jak wielki jest nawet mały gest czułości i jak ogromną ulgę może przynieść. Jezus rozumie to i sankcjonuje jego nieprzemijalność: ‘Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę o tym, co uczyniła’ (Mt 26,13).” (Dilexi te, 4) Zatrzymałem się przy tym fragmencie dłużej niż zwykle. Bo w świecie, który liczy i porównuje, kobieta z flakonem olejku po prostu coś marnuje. Ale Jezus nie liczy. On dosłownie wącha. Wącha zapach wdzięczności, łez, odwagi. I mówi, że to właśnie ten zapach przetrwa wieki. Może dlatego papież przypomina nam, że Ewangelia nie zaczyna się od czynów wielkich, ale od drobiazgów, których nikt nie mierzy. Od gestów, które pachną sercem. W świecie, który boi się wzruszeń, Bóg wciąż pamięta zapach tamtego olejku.
Po tej delikatności przychodzi zdanie ostre jak szkło: „Ubodzy nie istnieją przez przypadek lub z powodu ślepego i gorzkiego losu. A już na pewno, dla większości z nich, ubóstwo nie jest wyborem. Są jednak wciąż tacy, którzy ośmielają się tak twierdzić, wykazując się ślepotą i okrucieństwem.” (Dilexi te, 14) Leon XIV mówi o tych, którzy wciąż uważają, że ubodzy sami są winni swojego losu. Jakby Ewangelia była nagrodą dla zaradnych. Jakby łaska miała cennik. Ten moment w dokumencie jest jak przerwanie ciszy. Jakby papież chciał powiedzieć: przestańmy tłumaczyć sobie świat w kategoriach zasług, bo jeśli wierzysz, że ktoś jest mniej kochany przez Boga tylko dlatego, że nic nie ma - to znaczy, że nigdy naprawdę nie zrozumiałeś, czym jest łaska.
Przypomniałem sobie twarz człowieka, który kiedyś przyszedł do zakrystii tylko po rozmowę. Nie chciał pieniędzy, nie chciał niczego materialnego chciał, żebym z nim po prostu pogadał. I zrozumiałem wtedy, że można dać komuś chleb, a zostawić go głodnym, jeśli nie podzieli się z nim uwagą. Właśnie o tym mówi papież: że ubóstwo nie znika od pomocy, jeśli nie idzie za nią spotkanie.
Pierwszy rozdział Dilexi te kończy przypomnieniem, że Bóg jest obecny w małych rzeczach: w geście, w spojrzeniu, w cichym „jestem”. Papież nie wymaga od nas rewolucji. On prosi o delikatność. Bo Ewangelia nie rodzi się w zgiełku, ale w dłoniach, które się nie boją dotknąć biedy. I może dlatego nazwał ten rozdział tak prosto - „Kilka słów niezbędnych”. Bo naprawdę niewiele trzeba, żeby zrozumieć miłość. Wystarczy dać się poruszyć tym, co małe.
Wybór ubogich
Porusza, jak papież Leon XIV potrafi pisać o Bogu nie jak o idei, ale jak o kimś, kto naprawdę wchodzi w ludzką biedę. W Dilexi te mówi: „Bóg jest miłością miłosierną, a Jego plan miłości (…) polega przede wszystkim na tym, że zstąpił i przyszedł między nas, aby wyzwolić nas z niewoli, strachu, grzechu i mocy śmierci” (Dilexi te, 16). Nie z daleka, nie z wysokości, ale między nas. Jak Ten, który nie boi się dotknąć kurzu świata. Ten fragment jest opisem spojrzenia Boga - nie z góry, lecz z kolan, z poziomu ziemi, gdzie człowiek jest najbardziej prawdziwy. Właśnie tam, mówi papież, Bóg „pochyla się nad naszym ubóstwem” (Dilexi te, 16).
To słowo - pochyla się - ma w sobie coś niezwykłego. Nie ma w nim pośpiechu ani litości. Jest cierpliwość. Jest troska, która zna ciężar cudzego smutku. Bo jeśli Bóg się pochyla, to znaczy, że nie wstydzi się naszej kruchości. Że nie przyszedł, by nas oceniać, ale by być z nami tak blisko, jak tylko może. „Sam stał się ubogim” - pisze Leon XIV - „narodził się w ciele jak my i poznaliśmy Go w małości dzieciątka złożonego w żłobie” (Dilexi te, 16). To jedno zdanie wystarczy, by cała Ewangelia nabrała zapachu słomy i cichego oddechu Dziecka, które nie przyszło, by rządzić, ale by kochać.
Nie wiem, czy można to zrozumieć inaczej niż sercem: Bóg wybrał ubóstwo nie dlatego, że było romantyczne, ale dlatego, że tylko w nim można kochać bez masek. „W sercu Boga jest preferencyjne miejsce dla ubogich” - przypomina papież (Dilexi te, 17). I za każdym razem, gdy czytam to zdanie, czuję, że ono nie mówi tylko o ekonomii. Mówi o duchowej geografii: o tym, że Bóg zawsze wybiera to, co zranione, opuszczone, zapomniane.
Bo właśnie tam jest najwięcej prawdy. I chyba dlatego, kiedy św. Łukasz mówi w Ewangelii: „Nie było dla nich miejsca w gospodzie” (Dilexi te, 19) to niejako stawia diagnozę świata. Bo ciągle brakuje miejsca dla Tego, który nic nie posiada, a przynosi wszystko. Papież pisze, że Jezus „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Dilexi te, 18). To jedno zdanie powinno zatrzymać każdego, kto chce mówić o władzy, o wielkości, o znaczeniu. Bo jeśli Bóg naprawdę ogołocił się z boskości, by być jednym z nas, to znaczy, że żadna droga do Niego nie prowadzi inaczej niż przez pokorę.
Chrystus nie miał nic, nawet pewności dachu nad głową: „Lisy mają nory, a ptaki podniebne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć” (Dilexi te, 20). W tej bezdomności jest coś głęboko Bożego - jakby chciał nam powiedzieć, że człowiek jest u siebie tylko wtedy, gdy potrafi być gościem w świecie. Zadziwia mnie, jak papież przechodzi od opisów Ewangelii do rzeczywistości Kościoła. Pisze: „Kościół, jeśli chce być Chrystusowym, musi być Kościołem Błogosławieństw, Kościołem, który robi miejsce małym i idzie ubogi z ubogimi” (Dilexi te, 21). czuć, że mówi to jak ktoś, kto wskazuje drogę, którą sam przeszedł. Bo Kościół nie jest wtedy najprawdziwszy, gdy błyszczy, ale gdy potrafi klęknąć przy kimś, kto upadł. Nie trzeba wiele, żeby to zrozumieć. Wystarczy przypomnieć sobie, jak pachnie pokój, w którym ktoś wreszcie został wysłuchany. Jezus nigdy nie rozdzielał wiary od czułości. Nie pytał, czy ktoś zasługuje, tylko czy ktoś cierpi. Dlatego mógł powiedzieć: „Bóg sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi” (Dilexi te, 22). Bo miłość Boga jest skandalicznie nierówna - w tym sensie, że zawsze pochyla się niżej.
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Dilexi te, 26). Nie wiem, czy istnieje bardziej dosadne streszczenie chrześcijaństwa. Nie pyta o doktrynę, o przekonania, o emocje. Pyta: co zrobiłeś? Kogo zauważyłeś, komu pozwoliłeś poczuć, że nie jest sam? Leon XIV dodaje też coś, co mnie jako kapłana wzrusza prostotą: „Zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć” (Dilexi te, 27). Bo w świecie, który wszystko przelicza, Bóg mówi o szczęściu, które nic nie kosztuje, a jednak wszystko zmienia. O szczęściu z obecności, z bezinteresowności, z bliskości. I może dlatego papież przypomina: „Radosnego dawcę miłuje Bóg” (33). Nie tego, kto daje, bo tak wypada, ale tego, kto daje, bo już zrozumiał, że tylko to naprawdę zostaje.
„Życie pierwszych wspólnot kościelnych jest nam dane jako przykład do naśladowania” (Dilexi te, 34) - widzę w tych słowach Kościół, który oddycha prostotą. Bez strategii, bez instytucjonalnego ciężaru, z jedną pewnością: że nie da się kochać Boga, jeśli nie kocha się człowieka. Bo tu nie chodzi tylko o wybór Boga. Tu chodzi o wybór, przed którym stoi każdy z nas - czy chcemy patrzeć na świat z góry, czy z poziomu miłości, która się pochyla.
Kościół dla ubogich
Rozdział o Kościele dla ubogich w Dilexi te jest trochę jak historia kościoła ubogich. „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” (Dilexi te, 35). Wskazuje to na pamięć, że Kościół nigdy nie był najprawdziwszy, gdy miał wpływy i budżety, ale gdy umiał klęknąć przy kimś, kto nie miał nic. Papież przypomina, że „istnieje nierozerwalna więź między naszą wiarą a ubogimi” (Dilexi te, 36), a więc nie można mówić o Bogu, nie pochylając się nad człowiekiem. Wtedy Ewangelia staje się tylko teorią, kazaniem bez adresata.
Pierwsze wspólnoty rozumiały to bez teologicznych wywodów. Wiedziały, że Eucharystia kończy się dopiero wtedy, gdy ktoś nakarmi wdowę i przygarnie sierotę. Ustanowienie diakonów nie było reorganizacją, tylko decyzją serca. „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły” (Dz 6,2). Miłość rozlała się z ołtarza na ulice. To z tej troski o ostatnich wyrosło pierwsze męczeństwo. Szczepan, diakon, zginął nie dlatego, że głosił teorie, ale że przypomniał, iż Bóg słucha krzyku biednych. Wawrzyniec, gdy żądano od niego majątku Kościoła, wskazał na ubogich i powiedział: „Oto są skarby Kościoła” (Dilexi te, 38). W tym jednym zdaniu zmieścił całą teologię ubogich. Ambroży dopowie później, że jeśli ktoś obraca dobra Kościoła na własną korzyść, jest to zbrodnia, a jeśli dzieli się nimi z ubogimi, to jest to akt miłosierdzia (Dilexi te, 38). To jest przypomnienie, że bogactwo w rękach ucznia Chrystusa zawsze jest tylko narzędziem miłości.
Dalej Ojcowie Kościoła uczą nas języka, w którym każde zdanie staje się wezwaniem do bliskości. Ignacy z Antiochii wypomina duchowym ludziom, że o „wdowy, sieroty, udręczonych i więźniów” już się nie troszczą (Dilexi te, 39). Polikarp woła, żeby kapłani byli „pełni współczucia”, bo nie można głosić Ewangelii, nie mając w sobie litości. Justyn opisuje liturgię, w której nie kończy się modlitwa znakiem pokoju. „Ci, którym się dobrze powodzi, dają, co chcą, a wszystko składa się na ręce przełożonego. On zaś roztacza opiekę nad sierotami, wdowami, chorymi i więźniami” (Dilexi te, 40). To obraz Kościoła, w którym dar ołtarza staje się chlebem. Chryzostom mówi to bez poezji: „Chcesz czcić Ciało Chrystusa? Nie dopuść, aby było nagie. Najpierw nasyć głodnego, a potem przyozdób ołtarz” (Dilexi te, 41). Jego słowa nie starzeją się, bo zawsze będzie istniała pokusa, żeby najpierw dbać o piękno świątyni, a dopiero potem o człowieka, który przed nią siedzi.
Miłosierdzie, o którym piszą Ojcowie, nie jest dodatkiem do wiary. To jej ogień. Ambroży podkreśla: „Nie obdarowujesz biedaka ze swego, lecz zwracasz mu to, co jest jego własnością” (Dilexi te, 43). Augustyn idzie dalej: jeśli naprawdę macie w sobie Chrystusa, to nawet obcemu użyczycie chleba, a Ten, który przyjmuje, mówi: „Otrzymałem ziemię, dam niebo” (Dilexi te, 45). To jest logika, której świat nie zrozumie, dopóki nie zobaczy, jak wygląda radość człowieka, który dzieli się z miłością.
Z tej logiki rodzi się konkret. W czasach zarazy św. Cyprian sprawdza serca: czy zdrowi służą chorym, czy panowie mają współczucie dla sług (Dilexi te, 49). Wiele wieków później Jan Boży i Kamil de Lellis uczą Kościół pielęgnować z czułością. Kamil pisał do swoich współbraci: „Nade wszystko niech każdy prosi Pana o łaskę matczynego uczucia względem bliźniego” (Dilexi te, 50). Nic tak nie przypomina Boga jak człowiek, który pochyla się z czułością. W tym samym duchu rodzą się zgromadzenia, w których kobiety stają przy łóżkach chorych, przy dzieciach, przy umierających. Siostry Miłosierdzia, urszulanki, szarytki - wszystkie one uczą, że dotyk może być modlitwą.
Mnisi z kolei pokazują, że cisza i służba to dwa imiona tej samej miłości. Bazyli mówił, że należy pracować, aby „Bóg mógł przez nas dać słabym braciom to, co dla nich konieczne” (Dilexi te, 53). Wokół klasztorów wyrastały całe miasta miłosierdzia. Benedykt w swojej regule zapisał proste ale konkretne zdanie: „Niech szczególna troska towarzyszy przyjmowaniu ubogich i pielgrzymów” (Dilexi te, 55). Ta gościnność staje się jednym z filarów Europy. Z niej wyrasta kultura, w której praca, wiedza i modlitwa splatają się w jedno: wszystko ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do służby.
W tym samym świetle trzeba czytać chrześcijańskie zmaganie o wolność. Jezus przyszedł „aby więźniom głosić wolność” (Łk 4,18), a Kościół zrozumiał, że to nie metafora. Trynitarze i mercedariusze gotowi byli oddać własne życie za wykupionych (Dilexi te, 60–61). W ich posłudze widać dosłownie słowa Ewangelii: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół” (J 15,13). I to nie jest opowieść z przeszłości. Jeszcze niedawno, odwiedzając więzienia, papież Franciszek powtarzał, że są one ,,miejscem wielkiego człowieczeństwa’’ (Dilexi te, 62). Te słowa wciąż są potrzebne, bo przypominają, że nikt nie jest zredukowany do winy.
Potem papież przenosi nas w XIII wiek, kiedy duch ubóstwa odrodził Kościół. Franciszek z Asyżu prosi braci, „by niczego nie nabywali na własność… bo Pan dla nas stał się ubogim” (Dilexi te, 64). Klara broni przywileju ubóstwa, Dominik uczy, że prawda ma brzmieć ustami ludzi prostych. Tomasz z Celano zapisze o Franciszku, że: „Stał się szczególnym miłośnikiem ubogich” (Dilexi te, 67). Bo dla Franciszka ubóstwo było wolnością. Ubodzy natomiast byli przyjaciółmi.
Kolejnym śladem tej miłości jest edukacja. Papież pisze, że „nie można nauczać bez miłości” (Dilexi te, 68). Kalasancjusz zakłada pierwszą bezpłatną szkołę dla dzieci z biednych rodzin (Dilexi te, 69). La Salle tworzy wspólnotę nauczycieli, którzy uczą nie tylko pisania, ale człowieczeństwa (Dilexi te, 69). Bosko, Champagnat i Rosmini rozumieją, że wychowanie to dotknięcie serca, że młody człowiek nie potrzebuje kazania, ale kogoś, kto wierzy w jego wartość. A siostry, od Urszulanek po Notre-Dame, otwierają drzwi dziewczętom, które nigdy wcześniej nie mogły się uczyć (Dilexi te, 71). W tych historiach czuć, że Ewangelia staje się alfabetem nadziei.
Ta sama wrażliwość prowadzi Kościół do migrantów. Scalabrini i św. Franciszka Cabrini budują mosty, szkoły, szpitale, tworzą przestrzeń dla tych, którzy zostali wyrzuceni poza mapę świata (Dilexi te, 74). Ich duch żyje w czterech słowach Papieża Franciszka: „przyjmować, chronić, promować i integrować” (Dilexi te, 75). To jest konkretna odpowiedź na pytanie, jak patrzeć na człowieka. Papież przypomina: „Każda istota ludzka jest dzieckiem Boga. Odciśnięty jest w niej wizerunek Chrystusa” (Dilexi te, 75). W świecie, który klasyfikuje ludzi według użyteczności, te słowa brzmią jak sprzeciw.
W końcu papież przechodzi do świętych naszych czasów. Matka Teresa mówi najprościej: „Nasi ubodzy są wspaniałymi ludźmi... potrzebują naszej wyrozumiałej miłości, abyśmy traktowali ich w sposób godny” (Dilexi te, 77). I dodaje: „Owocem ciszy jest modlitwa, owocem modlitwy - wiara, owocem wiary - miłość, owocem miłości - służba, a owocem służby - pokój” (Dilexi te, 77). Siostra Dulce z Bahii zaczynała w kurniku, a skończyła jako znak czułości, która potrafi zmieniać struktury (Dilexi te, 78). Jej historia, jak i wielu innych, pokazuje, że świętość nie jest oderwaniem od świata, ale dotknięciem jego ran. ,,Tkanka wspólnoty wszystkich i dla wszystkich” tak Leon XIV zwraca się do członków ruchów, wspólnot, stowarzyszeń zajmujących się ubogimi. (Dilexi te, 80). To oni przypominają Kościołowi, że solidarność to walka o sprawiedliwość. Ich zaangażowanie to „walka ze strukturalnymi przyczynami ubóstwa, nierównością, brakiem zatrudnienia, ziemi i mieszkań” (Dilexi te, 81). I papież ostrzega: kiedy instytucje przestają słuchać ludu, „demokracja ulega atrofii, traci reprezentatywność, odrywa się od rzeczywistości” (Dilexi te, 81). A Kościół też może na to zachorować, jeśli zapomni, że jego głos brzmi prawdziwie tylko wtedy, gdy mówi razem z ubogimi.
Papież odsłania puls historii. Bo w każdej epoce powraca ten sam moment: ktoś widzi człowieka w potrzebie i odpowiada. I od tego momentu Kościół znowu staje się sobą. Bo jego prawdziwe bogactwo nie leży w archiwach ani w marmurach, ale w dłoniach, które myją, karmią, uczą i błogosławią. Tam, gdzie jest człowiek, który się pochylił - tam Ewangelia nadal się dzieje.
Historia, która trwa
Żywa historia zaczyna się już od słów:„rzeczywistość lepiej widać z peryferii, a ubodzy są podmiotami o specyficznej inteligencji, niezbędnej dla Kościoła i ludzkości” (Dilexi te, 82). Przypomniała mi się starsza pani (chyba emerytka) z Krakowa, która co tydzień przychodziła do kuchni Brata Alberta, żeby przynieść chleb dla kogoś, „kto ma gorzej”. Nie analizowała struktur grzechu, nie znała terminów ekonomicznych, ale patrzyła sercem. I właśnie z takiego patrzenia rodzi się Kościół. Papież pisze, że „nie można sobie wyobrazić ponownego odczytania Objawienia chrześcijańskiego bez świeckich chrześcijan zmagających się z wyzwaniami swoich czasów” (Dilexi te, 82). Pochwała codzienności. Bo prawdziwa teologia dzieje się często nie w bibliotekach, tylko w autobusach, w fabrykach, na oddziałach szpitalnych. To tam wiara styka się z rzeczywistością, której nie da się ująć w przypisie. Tak jak w powyższej historii.
Historia społecznej nauki Kościoła to ciąg prób zrozumienia człowieka. W 1891 roku Leon XIII w Rerum novarum odważył się stanąć po stronie robotników, „obnażając niedopuszczalną sytuację wielu” (Dilexi te, 83). A sto lat później Jan XXIII, w Mater et Magistra, przypomniał światu, że „kraje bogate nie mogą pozostać obojętne wobec krajów dotkniętych głodem i nędzą” (Dilexi te, 83). W obu przypadkach chodziło o serce. Potem przyszedł Sobór Watykański II. I wtedy padły słowa: „Kościół ukazuje się takim, jaki jest i jaki pragnie być - jako Kościół wszystkich, a zwłaszcza Kościół ubogich” (Dilexi te, 84). Kardynał Lercaro powie nawet, że to „jedyna kwestia całego Soboru Watykańskiego II” (Dilexi te, 84). Jan XXIII nie tylko otworzył okna Kościoła, ale też drzwi, żeby mogli wejść ci, których dotąd nie wpuszczano.
Św. Paweł VI dopowie z prostotą, że „ubogi jest przedstawicielem Chrystusa… Ubogi i Piotr mogą się ze sobą pokrywać, mogą być tą samą osobą, odzianą w podwójne uosobienie ubóstwa i władzy” (Dilexi te, 85). Od tej pory nie wystarczy mówić o Bogu. Trzeba Go rozpoznać w kimś, kto czeka na pomoc w schronisku, w więzieniu, na dworcu. Sobór Watykański II zaznacza, że: „Bóg przeznaczył ziemię wraz ze wszystkim, co się na niej znajduje, na użytek wszystkich ludzi i narodów” (Dilexi te, 86). Niestety mowa tu o świecie, który wciąż zapomina, że własność bez miłości staje się krzywdą. Paweł VI w Populorum progressio dodaje: „Nikt nie może uważać się za uprawnionego, aby dobra zbywające zatrzymywać jedynie dla prywatnej korzyści” (Dilexi te, 86). Człowiek, który trzyma wszystko dla siebie, ostatecznie zostaje sam.
Jan Paweł II, jakby chciał tę opowieść o ubogich zamknąć w jednym zdaniu, pisze o „specjalnej formie pierwszeństwa w praktykowaniu miłości chrześcijańskiej” (Dilexi te, 87). I ostrzega, że „niezauważenie ich oznaczałoby upodobnienie się do bogatego smakosza, który udawał, że nie dostrzega Łazarza” (Dilexi te, 87). Jeśli nie widzimy ubogich, to znaczy, że nasza Ewangelia straciła wzrok. Jego następca Benedykt XVI podkreśla, że „tym bardziej skutecznie kochamy bliźniego, im bardziej angażujemy się na rzecz dobra wspólnego” (Dilexi te, 88). A potem dodaje, że głód i nędza to nie tylko brak zasobów materialnych, ale także „brak struktur instytucjonalnych zdolnych zapewnić sprawiedliwy dostęp do pokarmu i wody” (Dilexi te, 89). To zdanie jest skierowane mocno do polityków, by mieli odwagę leczyć przyczyny, nie tylko skutki. Papież Franciszek natomiast przypomina, że głos Kościoła to także głos episkopatów i wspólnot lokalnych. W Medellín biskupi Ameryki Łacińskiej nazywali po imieniu rzeczy, które my często owijamy w bawełnę: „Ubóstwo tak wielu braci woła o sprawiedliwość, solidarność i świadectwo” (Dilexi te, 90). W Puebla zaś dodano, że struktury niesprawiedliwości to „grzech społeczny” (Dilexi te, 90). Teologia przestaje być obserwacją, a staje się ruchem.
I znów wraca to cudowne słowo: miłosierdzie. „Miłosierdzie jest siłą, która zmienia rzeczywistość” (Dilexi te, 91). Papież chce, by „rosła liczba polityków zdolnych do autentycznego dialogu ukierunkowanego na skuteczne uzdrowienie korzeni” (Dilexi te, 91). Bo „dyktatura gospodarki, która zabija” to codzienność ludzi, którzy pracują i wciąż nie mają za co żyć (Dilexi te, 92). „Brak sprawiedliwości jest korzeniem chorób społecznych” (Dilexi te, 94). I dalej: „Często stwierdzamy, że prawa człowieka nie są równe dla wszystkich” (Dilexi te, 94). Trudno o trafniejszą diagnozę problemów społecznych. Wystarczy posłuchać rozmów w poczekalniach MOPS-u, by zobaczyć, że te słowa nie należą do historii, bo to nasz czas.
Autor Adhortacji pisze też o miastach, które „przezwyciężyły niezdrową nieufność i integrują różniących się” (Dilexi te, 96). Czytając to, myślę o parafiach, w których ławki w kościele wciąż dzielą ludzi bardziej niż łączą. A przecież „degradacja środowiska i degradacja społeczeństwa wyrządzają szczególną szkodę najsłabszym” (Dilexi te, 96). Miasto a nawet parafia, które nie są dla wszystkich, przestają być ludzkie. Papież kończy mocno: Ewangelia nie jest tylko prywatną relacją z Panem. „Propozycja jest szersza – chodzi o Królestwo Boże… W takiej mierze, w jakiej zdoła On królować między nami, życie społeczne stanie się przestrzenią braterstwa, sprawiedliwości i pokoju” (Dilexi te, 97).
„Tylko bliskość, która czyni z nas przyjaciół, pozwala nam głęboko docenić wartości współczesnych ubogich” (Dilexi te, 100). To jest właśnie szkoła spojrzenia. Dopiero wtedy, gdy usiądziemy obok, usłyszymy, jak Bóg mówi ich głosem. „Ta pełna miłości uwaga jest początkiem prawdziwego zatroskania o jego osobę” (Dilexi te, 101). Spojrzenie pełne zachwytu odkrywa w ubogich odbicie Bożego oblicza. Dlatego: „pozwólmy się ewangelizować przez ubogich” (Dilexi te, 102). Bo oni znają tajemnicę prostoty, wdzięczności i ufności, której my w dostatku zapomnieliśmy. Historia ubogich naprawdę trwa… W dłoniach tych, którzy wciąż mają mniej, a jednak potrafią dawać więcej.
Nieustanne wyzwanie
Papież Leon XIV pisze o ludziach, którzy wciąż się pochylają - nad chorym, nad dzieckiem, nad kimś, kto stracił nadzieję. Przypomina, że „troska o ubogich jest częścią wielkiej Tradycji Kościoła, jak snop światła, który od początków Ewangelii oświecał serca i kroki chrześcijan wszystkich czasów” (Dilexi te, 103). W każdej epoce Kościół gubił się wtedy, gdy odwracał oczy od biednych, a odnajdywał siebie, gdy do nich wracał. Papież pisze dalej, że „umiłowanie ubogich - niezależnie od formy, w jakiej to ubóstwo się przejawia - jest ewangeliczną gwarancją Kościoła wiernego sercu Boga” (Dilexi te, 103). Myślę tutaj o tylu ludziach w parafiach, którzy nie robią szumu wokół siebie, a jednak są jak ciche filary wspólnoty: kobieta, która piecze chleb dla sąsiadów; mężczyzna, który zawsze zaniesie zakupy starszej pani; ministrant, który po cichu odkłada drobne z kieszonkowego dla jakiejś misji. To właśnie w takich gestach Kościół jest najbardziej sobą.
Ojciec Święty przypomina też, że ubodzy nie są dla chrześcijan „problemem społecznym, ale sprawą rodzinną” (Dilexi te, 104). Jak często w Kościele mówimy o nich „oni”, a nie „my”? Jak często dzielimy świat na tych, którzy pomagają, i tych, którym się pomaga, zapominając, że w Bożym planie to jedna rodzina, tylko z różnymi rolami? Papież zachęca, by „spędzać z nimi godziny, tygodnie lub lata życia” (Dilexi te, 104) i przypomina, że Jezus nie robił nic innego: po prostu był z ludźmi. Nie przeoczył ich. Tak jak w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. „Rozwinęliśmy się pod wieloma aspektami, ale jesteśmy analfabetami w towarzyszeniu, opiece i wspieraniu najsłabszych” (Dilexi te, 105). Czy można być cywilizowanym, a jednocześnie ślepym na człowieka, który leży obok? Przypowieść wraca z nową mocą. Każdego dnia przechodzę obok kogoś, kto jest dla mnie tym „poranionym przy drodze”.
W innym miejscu papież pisze: „Kiedy spotykam osobę śpiącą na zewnątrz w zimną noc, mogę zareagować, wychodząc od wiary i miłości, uznając w tym człowieku stworzenie nieskończenie umiłowane przez Ojca” (Dilexi te, 106). I dodaje pytanie: ,,czy można pojąć świętość bez tego żywego uznania godności każdej istoty ludzkiej?” (Dilexi te, 106). Właśnie tu Dilexi te dotyka sedna - świętość nie jest odłączona od czułości. W końcu. „codziennie znajdujemy Łazarza, jeśli go szukamy” - pisał Grzegorz Wielki (Dilexi te, 108). Nie gdzieś daleko, ale w naszym sąsiedztwie, w rozmowie, w szkolnej ławce, w rodzinie. Dlatego:„nie chciejcie marnować czasu miłosierdzia, nie chciejcie ukrywać tego, coście otrzymali” (Dilexi te, 108). Nie czekaj, aż będziesz gotowy, aż wszystko się ułoży. Miłość jest zawsze teraz.
Ubodzy nie tylko potrzebują nas. My potrzebujemy ich. To oni nas uczą. „To właśnie ubodzy ewangelizują nas” (Dilexi te, 109). Ich milczenie demaskuje nasz niepokój. Ich kruchość przypomina, że nasze bezpieczeństwo jest złudzeniem. I ich spojrzenie - proste, bez ironii - uczy pokory, której nie da się wyczytać w książkach. „Dla chrześcijan ubodzy nie są kategorią socjologiczną, lecz samym ciałem Chrystusa” (Dilexi te, 110) - pisze Leon XIV, a ja mam przed oczami twarz chorej kobiety, której przynosiłem Komunię w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku gdzie posługiwałem na wakacyjnym zastępstwie. Kiedy wzięła Hostię, powiedziała cicho: „Wreszcie nie jestem sama”.
W dalszej części pojawia się ostrzeżenie: „Każda wspólnota, która nie zamierza w sposób twórczy i skuteczny współpracować, by ubodzy żyli godnie, narazi się na ryzyko rozkładu” (Dilexi te, 113). Mocne słowa. Ale może konieczne. Bo nic tak nie niszczy Kościoła jak obojętność w pięknych szatach. „Najgorszą dyskryminacją, jakiej doświadczają ubodzy, jest brak opieki duchowej” (Dilexi te, 114). Często myślimy, że potrzebują tylko chleba i pracy, a oni czasem najbardziej potrzebują nadziei. Potrzebują kogoś, kto nie tylko im pomoże, ale się za nich pomodli. Posiedzi i porozmawiam z nimi. Ale żeby to zrobić trzeba umieć to ofiarować. Znane słowo, prawda? - jałmużna. „Nie jest (to) gest przestarzały, lecz niezbędny etap spotkania” (Dilexi te, 115). W świecie, w którym wszystko da się przelać na konto, jałmużna ma sens tylko wtedy, gdy wymaga dotknięcia, spojrzenia w oczy, krótkiego „dzień dobry”, uśmiechu, który coś kosztuje. Leon XIV cytuje św. Jana Chryzostoma: „Jałmużna jest skrzydłem modlitwy. Jeśli nie dodasz skrzydła, twoja modlitwa ledwo się wzniesie” (Dilexi te, 118). Modlitwa bez gestu zatrzymuje się na ustach.
„Niech ubogi poczuje, że słowa Jezusa: ,,Ja cię umiłowałem’’ (Ap 3,9) są skierowane właśnie do niego” (Dilexi te, 121). Jeśli naprawdę chcemy być Kościołem Jezusa, musimy się nauczyć jednego - żeby człowiek, który przyjdzie zmarznięty, głodny, zraniony, usłyszał w nas nie moralizowanie, ale jedno zdanie, które zmienia wszystko: „Ja cię umiłowałem.”.
Ks. Adam Płonka
Bibliografia:
- Leon XIV, Dilexit te, Rzym 2025.
- T. Hergesel i R. Rubinkiewicz, Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Wydanie V, Poznań 2006.