Z dzienniczka duchowego młodego wikarego: „Przybiezeli po koledzie pasterze”
Kiedy wybija Boże Narodzenie dla wielu jest to czas pięknych, rodzinnych spotkań. Jednak na parafiach każdy ksiądz wie, że oznacza to także czas wizyty duszpasterskiej. Wizyta duszpasterska, zwana pieszczotliwie „kolędą”, to ten okres w roku, kiedy to ksiądz zamienia się w wędrowca. Plebania staje się przystankiem na trasie, a głównym miejscem egzystencji duszpasterza jest klatka schodowa (w miastach) oraz ulica (na wsiach) lub progi kolejnych mieszkań. To właśnie kolęda – czas, w którym przez kilka tygodni pukam od drzwi do drzwi, nigdy do końca nie wiedząc, co mnie za nimi czeka.
Kolęda to swoisty rollercoaster emocji. Jedni czekają na księdza z radością, inni w panice chowają się za firanką lub drzwiami i tylko słychać za nimi ,,ciiiii, zaraz sobie pójdzie”, jeszcze inni przypominają sobie, że właśnie dziś muszą zrobić bardzo ważne zakupy w Biedronce, bo w końcu przecena na jajka. I nie dziwię się – to nie jest codzienność, że nagle w progu mieszkania pojawia się ksiądz z kropidłem i ministranci.
Zawsze podziwiam niezwykły fenomen tej pory: kolęda jest jedynym wydarzeniem w roku, które sprawia, że w niektórych domach całościowe porządki osiągają poziom remontu generalnego mieszkania. Czasami tylko brakuje wychodzącej z budynku ekipy remontowej. Wchodzę i od razu czuję świeżość – meble błyszczą, podłoga lśni, a powietrze pachnie detergentami. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy lakierowali parkiet. Chociaż zdarzają się i takie wspaniałe miejsca, których się od kilku dni nie wietrzy, a kaloryfer stoi odpalony na ,,5”. Oczywiście wszystko z troski - żeby ksiądz nie zmarzł w mieszkaniu, przecież wchodzi z pola, to na pewno zziębnięty. Siedzisz wtedy w kurtce, szaliku w domu, w którym jest ze 30 stopni. Nie dość, że porozmawiasz, to jeszcze masz saunę za darmo. Żyć nie umierać!
Jednak to tylko przykrywka. Wchodząc, widzę coś więcej. Spięte twarze gospodarzy – bo „co ksiądz powie?”, bo „czy wszystko dobrze ustawione?”, bo „czy dzieci będą wiedziały, jak się modlić „Ojcze Nasz”?”. A dzieci? Te często patrzą na mnie, jak na nauczyciela na niezapowiedzianej kartkówce i nerwowo szepczą do rodziców: „Mamo, a on będzie pytał?”, ,,A zeszyty sprawdzać będzie?”.
Jednak najbardziej spektakularne reakcje przejawiają czworonożni mieszkańcy domów. Nie wiem, co mówi się psom o księżach, ale ich odbiór można podzielić na trzy kategorie:
Siadam, rozglądam się po pokoju i czuję, jak w niektórych domach napięcie sięga zenitu. Gospodarze czekają, co powiem, a ja jednak nie chcę, żeby to była tylko formalność. Kolęda nie powinna być „odhaczonym punktem programu” – to spotkanie. Prawdziwe spotkanie. I takie mam podejście. Dlatego nieraz trochę mi na tej kolędzie „zejdzie”.
Tendencje są różne. W jednym domu rodzice z radością opowiadają o sukcesach dzieci, a w innym ktoś przyjmuje mnie milcząco, spuszczając wzrok. Są miejsca, gdzie rozmowa płynie bardzo naturalnie – pytają mnie o życie w parafii, opowiadają o swoich sprawach. I są też domy, gdzie panuje kompletna cisza, jakby gospodarz bał się, że jedno słowo za dużo sprawi, że kolęda potrwa dłużej niż powinna. Pewnego razu brałem udział w rozmowie, wyglądającej jak zabawa w ,,tak i nie”. Czy dobrze się układa w tym roku? ,,Tak”. Czy wszystko Panu odpowiada w naszej parafii? ,,Tak”. ,,A może chciałby Pan dołączyć do jakiejś grupy parafialnej?” ,,Nie”. Czułem, że kolęda u powyższego osobnika przez ostatnie lata trwała raczej maksymalnie 5 minut. Z modlitwą licząc. Postanowiłem, że zapewnię mu kolędę życia. W takich chwilach mój wewnętrzny aktor dochodzi do głosu, i jak w przypadku tego Pana, gada dobre 20 minut. Myślę, że zapamiętał tę kolędę na długi czas. A kto wie, może i z nudów za rok, mając w pamięci tego księdza ,,gadułę” będzie chciał pogadać?
Jednak najbardziej poruszają mnie chwile, kiedy ktoś nagle, bez zapowiedzi, zaczyna mówić o czymś ważnym. O trudnościach, o samotności, o wierze, która kiedyś była, ale gdzieś się zagubiła. Albo o tym, że nie pamięta, kiedy ostatnio rozmawiał z Bogiem. I wtedy wiem, że jestem tu po coś więcej, niż tylko po to, by pokropić mieszkanie wodą święconą i pogadać o pogodzie oraz o tym, jak nasi w tym roku skaczą.
Są też domy gdzie podchodzę do drzwi, dzwonię, czekam... i nic. Drzwi się nie otwierają. Może nie było nikogo w domu, a może... po prostu nie chcieli? Kiedyś pewien starszy pan przyznał mi, że przez kilka lat nie otwierał księżom drzwi, bo po prostu bał się – nie Boga, ale rozmowy. „Bo co miałbym powiedzieć? Że się pogubiłem? Że nie wiem, czy jeszcze wierzę?”.
Pamiętam też rodzinę, która przyjęła mnie po raz pierwszy od dziesięciu lat. Mama w drzwiach powiedziała do mnie: „Nie mieliśmy odwagi wcześniej, bo ostatnio różnie bywało z naszymi relacjami z Panem Bogiem”. Wszedłem, pobłogosławiłem dom, pomodliliśmy się i zostawiłem na stole obrazek. Powiedziałem tylko jedno zdanie: „Nie trzeba być idealnym, żeby do Boga wrócić”. Ich twarze do teraz mam przed oczami… Zrozumiałem, jak wielką wartość ma to spotkanie.
Czasem wracając na plebanię po całym dniu kolędy z sercem pełnym ludzkich histori, myślę sobie: „to nie jest tylko jakiś tam „parafialny obowiązek”. Bo jest to coś więcej. Kolęda to przypomnienie, że wiara nie toczy się tylko w murach kościoła. Że Chrystus przychodzi do ludzi właśnie w ich domach, w codziennym bałaganie, w kuchni pachnącej zupą, w salonie, gdzie stoi choinka, a dzieci biegają boso po dywanie. W rozmowie, w spojrzeniu, w uścisku dłoni na pożegnanie. We wszystkim i wszędzie.
I wiecie co? Czasem Bóg najbardziej objawia się w tych domach, które nie są idealnie przygotowane, gdzie dzieci zapomniały się przeżegnać, a pies przez całą wizytę próbował mi ściągnąć but. Bo w tych niedoskonałych, zwyczajnych chwilach jest coś niezwykle prawdziwego. A jeśli przy okazji udało się nie zalać dywanu wodą święconą i nikt nie zapytał mnie z wyrzutem - „A czemu księża jeżdżą samochodami, a nie na osiołku jak Pan Jezus?” - to już naprawdę był dobry dzień.
Kolęda uczy mnie jednego: Bóg przychodzi do ludzi w każdej sytuacji – czy to w mieszkaniu pachnącym ciastem, czy w takim, gdzie pies właśnie ukradł mi kropidło, a dziecko z dumą oznajmia, że „Ten pan to chyba Mikołaj na etacie”.
Ks. Adam Płonka
Kolęda to swoisty rollercoaster emocji. Jedni czekają na księdza z radością, inni w panice chowają się za firanką lub drzwiami i tylko słychać za nimi ,,ciiiii, zaraz sobie pójdzie”, jeszcze inni przypominają sobie, że właśnie dziś muszą zrobić bardzo ważne zakupy w Biedronce, bo w końcu przecena na jajka. I nie dziwię się – to nie jest codzienność, że nagle w progu mieszkania pojawia się ksiądz z kropidłem i ministranci.
Zawsze podziwiam niezwykły fenomen tej pory: kolęda jest jedynym wydarzeniem w roku, które sprawia, że w niektórych domach całościowe porządki osiągają poziom remontu generalnego mieszkania. Czasami tylko brakuje wychodzącej z budynku ekipy remontowej. Wchodzę i od razu czuję świeżość – meble błyszczą, podłoga lśni, a powietrze pachnie detergentami. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy lakierowali parkiet. Chociaż zdarzają się i takie wspaniałe miejsca, których się od kilku dni nie wietrzy, a kaloryfer stoi odpalony na ,,5”. Oczywiście wszystko z troski - żeby ksiądz nie zmarzł w mieszkaniu, przecież wchodzi z pola, to na pewno zziębnięty. Siedzisz wtedy w kurtce, szaliku w domu, w którym jest ze 30 stopni. Nie dość, że porozmawiasz, to jeszcze masz saunę za darmo. Żyć nie umierać!
Jednak to tylko przykrywka. Wchodząc, widzę coś więcej. Spięte twarze gospodarzy – bo „co ksiądz powie?”, bo „czy wszystko dobrze ustawione?”, bo „czy dzieci będą wiedziały, jak się modlić „Ojcze Nasz”?”. A dzieci? Te często patrzą na mnie, jak na nauczyciela na niezapowiedzianej kartkówce i nerwowo szepczą do rodziców: „Mamo, a on będzie pytał?”, ,,A zeszyty sprawdzać będzie?”.
Jednak najbardziej spektakularne reakcje przejawiają czworonożni mieszkańcy domów. Nie wiem, co mówi się psom o księżach, ale ich odbiór można podzielić na trzy kategorie:
- „Oho, nowy przyjaciel!” – zwierzak od razu ląduje na mojej sutannie albo i czasami pod sutanną (traktując ją jak budę), oblizując mi twarz i merdając ogonem tak mocno, że czasami grozi to przewróceniem świecy na stole (autentycznie! brałem udział w sytuacji, w której podczas kolędy zapalił się obrus, bo piesek gospodarza stwierdził, że stojąca na stole świeczka przeszkadza).
- „Intruz! Alarm! Powiadomić NATO!” – tu pojawia się skowyt, szczekanie i pogoń za moją nogawką, a raz zdarzyło się, że nawet potraktował mnie jak… hydrant.
- „Lepiej udam, że mnie nie ma” – ten typ psa chowa się pod stołem i udaje, że jeśli nie patrzy na mnie, to ja również go nie widzę. Całkiem jak niektórzy domownicy.
Siadam, rozglądam się po pokoju i czuję, jak w niektórych domach napięcie sięga zenitu. Gospodarze czekają, co powiem, a ja jednak nie chcę, żeby to była tylko formalność. Kolęda nie powinna być „odhaczonym punktem programu” – to spotkanie. Prawdziwe spotkanie. I takie mam podejście. Dlatego nieraz trochę mi na tej kolędzie „zejdzie”.
Tendencje są różne. W jednym domu rodzice z radością opowiadają o sukcesach dzieci, a w innym ktoś przyjmuje mnie milcząco, spuszczając wzrok. Są miejsca, gdzie rozmowa płynie bardzo naturalnie – pytają mnie o życie w parafii, opowiadają o swoich sprawach. I są też domy, gdzie panuje kompletna cisza, jakby gospodarz bał się, że jedno słowo za dużo sprawi, że kolęda potrwa dłużej niż powinna. Pewnego razu brałem udział w rozmowie, wyglądającej jak zabawa w ,,tak i nie”. Czy dobrze się układa w tym roku? ,,Tak”. Czy wszystko Panu odpowiada w naszej parafii? ,,Tak”. ,,A może chciałby Pan dołączyć do jakiejś grupy parafialnej?” ,,Nie”. Czułem, że kolęda u powyższego osobnika przez ostatnie lata trwała raczej maksymalnie 5 minut. Z modlitwą licząc. Postanowiłem, że zapewnię mu kolędę życia. W takich chwilach mój wewnętrzny aktor dochodzi do głosu, i jak w przypadku tego Pana, gada dobre 20 minut. Myślę, że zapamiętał tę kolędę na długi czas. A kto wie, może i z nudów za rok, mając w pamięci tego księdza ,,gadułę” będzie chciał pogadać?
Jednak najbardziej poruszają mnie chwile, kiedy ktoś nagle, bez zapowiedzi, zaczyna mówić o czymś ważnym. O trudnościach, o samotności, o wierze, która kiedyś była, ale gdzieś się zagubiła. Albo o tym, że nie pamięta, kiedy ostatnio rozmawiał z Bogiem. I wtedy wiem, że jestem tu po coś więcej, niż tylko po to, by pokropić mieszkanie wodą święconą i pogadać o pogodzie oraz o tym, jak nasi w tym roku skaczą.
Są też domy gdzie podchodzę do drzwi, dzwonię, czekam... i nic. Drzwi się nie otwierają. Może nie było nikogo w domu, a może... po prostu nie chcieli? Kiedyś pewien starszy pan przyznał mi, że przez kilka lat nie otwierał księżom drzwi, bo po prostu bał się – nie Boga, ale rozmowy. „Bo co miałbym powiedzieć? Że się pogubiłem? Że nie wiem, czy jeszcze wierzę?”.
Pamiętam też rodzinę, która przyjęła mnie po raz pierwszy od dziesięciu lat. Mama w drzwiach powiedziała do mnie: „Nie mieliśmy odwagi wcześniej, bo ostatnio różnie bywało z naszymi relacjami z Panem Bogiem”. Wszedłem, pobłogosławiłem dom, pomodliliśmy się i zostawiłem na stole obrazek. Powiedziałem tylko jedno zdanie: „Nie trzeba być idealnym, żeby do Boga wrócić”. Ich twarze do teraz mam przed oczami… Zrozumiałem, jak wielką wartość ma to spotkanie.
Czasem wracając na plebanię po całym dniu kolędy z sercem pełnym ludzkich histori, myślę sobie: „to nie jest tylko jakiś tam „parafialny obowiązek”. Bo jest to coś więcej. Kolęda to przypomnienie, że wiara nie toczy się tylko w murach kościoła. Że Chrystus przychodzi do ludzi właśnie w ich domach, w codziennym bałaganie, w kuchni pachnącej zupą, w salonie, gdzie stoi choinka, a dzieci biegają boso po dywanie. W rozmowie, w spojrzeniu, w uścisku dłoni na pożegnanie. We wszystkim i wszędzie.
I wiecie co? Czasem Bóg najbardziej objawia się w tych domach, które nie są idealnie przygotowane, gdzie dzieci zapomniały się przeżegnać, a pies przez całą wizytę próbował mi ściągnąć but. Bo w tych niedoskonałych, zwyczajnych chwilach jest coś niezwykle prawdziwego. A jeśli przy okazji udało się nie zalać dywanu wodą święconą i nikt nie zapytał mnie z wyrzutem - „A czemu księża jeżdżą samochodami, a nie na osiołku jak Pan Jezus?” - to już naprawdę był dobry dzień.
Kolęda uczy mnie jednego: Bóg przychodzi do ludzi w każdej sytuacji – czy to w mieszkaniu pachnącym ciastem, czy w takim, gdzie pies właśnie ukradł mi kropidło, a dziecko z dumą oznajmia, że „Ten pan to chyba Mikołaj na etacie”.
Ks. Adam Płonka